» Siostra Maria Wanda od Woli Bożej - wspomnienie Anna Kaliska «

Było lato 1943 rok. Jechałam na ulicę Kazimierzowską z nikłą nadzieją, że tam znajdę pomoc, nie wierzyłam już w nic. Ulica Kazimierzowska – Siostry Niepokalanki. Wtedy był to dla mnie obcy świat, nie wiedziałam o nich nic, albo prawie, że nic. Laski, które znałam sprzed wojny, to był Ojciec Korniłowicz i ślepe dzieci. Siostry mało mnie interesowały. I właśnie z tych Lasek otrzymałam wiadomość, że mam się zgłosić do Siostry Wandy z prośbą o pomoc w umieszczeniu mojego męża (Żyda) poza Warszawą.


Szłam ulicą Kazimierzowską z uczuciem lęku, zawstydzenia, niepewności, sama wykończona własnymi przeżyciami, z uczuciem osaczonego zwierzęcia, które traci nadzieję, że uda mu się znaleźć jakieś spokojne miejsce, gdzie można byłoby zapomnieć o wszystkim, gdzie byłaby cisza.

Biały dom oddzielony od ulicy ogródkiem, już dziś nie pamiętam, co tam rosło, na jezdni jakiś samochód ciężarowy, przed domem kilka Sióstr. Pogodnie uśmiechnięte twarze, białe habity, welony, które sprawiały wrażenie czegoś nierealnego. Trudno teraz po latach dokładnie określić pierwsze wrażenie. Pozostało mi na zawsze wspomnienie uczucie jakiego doznaje człowiek, który błąkając się w ciemności nagle zobaczy światło.

Zapytałam o Siostrę Wandę. Schodziła właśnie ze schodów z tym swoim dobrym, promiennym uśmiechem i zanim powiedziałam o celu mego przyjścia, znikł nagle lęk i uczucie niepewności. Zapragnęłam jednego - zostać tutaj. Teraz trudno mi o tym pisać, trzeba byłoby po tylu latach, kiedy zbladły i straciły barwę wszystkie potworne przeżycia, użyć słów, które mogłyby brzmieć jak frazes.

Sprawa została załatwiona od razu - mąż miał pojechać do Wrzosowa (do klasztoru sióstr niepokalanek). Podziękowałam i poszłam z uczuciem kogoś, kto z ciepłego, jasnego pokoju wychodzi w ponurą, zimną noc. A przecież na świecie było lato, było słońce. Zabrałam ze sobą tamten uśmiech i świadomość, że już nie jestem sama. To było prawie wszystko wtedy.

Potem byłam jeszcze raz i Siostra Wanda dowiedziawszy się, że umiem szyć zaproponowała, żebym przychodziła na Kazimierzowską. Trzeba było uszyć wyprawkę dla dziecka, którego matka opiekowała się Siostrą.

Tylko ktoś, kto przeżył ciągły lęk, bezsilność, zagubienie się w tym wszystkim, co się wtedy działo, mógłby zrozumieć czym była taka propozycja. Wyprawkę mógłby uszyć ktoś inny, to był pretekst. Siostra wyczuła, że podaje rękę tonącemu, wyczuła, choć Jej nie mówiłam. To był ratunek nie tylko przed złem materialnym. W atmosferze pogody, spokoju i serdeczności zaczęłam znów czuć się człowiekiem. Szyłam kaftaniki i pie- luszki, pomagałam Siostrze Róży szyć fartuszki dla dzieci i czekałam z niecierpliwością na nabożeństwo w kaplicy. I w modlitwach odmawianych przez Nią znajdowałam spokój.

Potem przyszła propozycja wyjazdu na wieś. Znów szycie u znajomych Siostry Wandy. W tamtym domu nie czuło się wojny, wszyscy byli dla mnie dobrzy i w słowach bardzo serdecznych po jakimś czasie zaproponowano mi, żebym została z nimi do końca wojny.

Ale tęskniłam za Siostrą Wandą, za domem na Kazimierzowskiej. I wtedy przyszedł list od Siostry Irenei (nie znałam Jej jeszcze) z propozycją powrotu do Warszawy. Pojechałam. Miałam pomagać w zajęciach z dziećmi. Przeniosłam się do znajomej Siostry Wandy mieszkającej blisko i całe dnie miałam być u Sióstr. Spełniło się pragnienie, które od pierwszego pobytu nie opuszczało mnie ani na chwilę. I teraz dopiero zrozumiałam, jak wielkie rzeczy działy się w tym cichym, pogodnym domu, jakie niebezpieczeństwo wisiało nad nim, ile ludzie znajdowało tam oparcie i pomoc, ile dzieci wyrwanych śmierci znalazło tam ratunek, opiekę, serce.

Żyliśmy tam naprzeciwko siedziby Gestapo czy jakiejś innej policji, jak w innym świecie. Nie było lęku, nie było wątpliwości, była tylko troska, żeby się nie sprzeniewierzyć temu, co było naszym obowiązkiem w stosunku do Boga i człowieka. Spokojna, pogodna pewność Siostry ułatwiała pokonać wszystkie trudności. Przy Niej wszystko wydawało się łatwe i proste. Wtedy zaczęłam naprawdę rozumieć znaczenie modlitwy i jej siłę, wtedy odnalazłam prawdziwą drogę do Boga. I to była Jej zasługa.

Niebezpieczeństwo, które czaiło się wciąż i zdawało się nie miało do nas dostępu, przekraczało czasem furtkę ogródka na Kazimierzowskiej. Ojciec dwóch dziewczynek, które przedtem były u nas, a potem zostały odesłane do Wrzosowa (do niepokalanek), Żyd, ukrywający się pod przybranym nazwiskiem wpadł: wśród jego papierów znaleziono notatkę z adresem domu sióstr w Warszawie. Przyszło wezwanie do Gestapo. Kilka dni z rzędu chodziła Siostra na przesłuchania. Pamiętam duży czarny parasol (padały wtedy deszcze) z którym Siostra wychodziła i gorące, żarliwe modlitwy w kaplicy o Jej powrót. Wracała spokojna, uśmiechnięta. Po kilku dniach dali spokój, a małe Jabłońskie do końca wojny spokojnie siedziały we Wrzosowie (w klasztorze sióstr niepokalanek).

A potem dzień, kiedy w parlatorium zjawiło się trzech volksdeutszów z żądaniem wydania małej Olczakówny, której matka była Żydówką. Zażądali przeglądu wszystkich dzieci, przyszli z dokładnymi wskazówkami. Dziewczynkę i kilka innych, których pochodzenie łatwo można było się domyśleć, Siostra zamknęła za klauzurą, na drugim piętrze. Reszta musiała przedefilować w parlatorium. Potem zaczął się przegląd domu. Parter, pierwsze piętro. Oprowadzała Siostra Wanda. Wyjaśnienie, że na drugim piętrze jest klauzura i wstęp tam przez Regułę zakonną jest zabroniony został pominięty milczeniem i trzej Niemcy zaczęli wchodzić po schodach. Zostałyśmy na pierwszym piętrze. Słyszę jeszcze dziś ich ciężkie kroki, pamiętam potworny strach o Nią (wiedziałyśmy dobrze co stanie się z Nią i dziećmi). Niektóre Siostry modliły się w kaplicy, kroki zbliżały się do drzwi klauzury. Potem chwila ciszy i spokojny głos Siostry Wandy: „Przypominam jeszcze raz, że tu jest klauzura”. I znów cisza, w której zdawało się zamarło i stanęło wszystko dookoła i w nas. A potem kroki w dół. Poszli sobie, a małą Joasię wywieziono do Szymanowa (do sióstr niepokalanek) Wróciła po jakimś czasie do nas już do Skolimowa i przeżyła razem z nami wojnę.

Ilu ludziom uratowała Siostra Wanda życie, ilu dopomogła do przetrwania. Nie wiem. Jest ich dużo, bardzo dużo. Niech oni też się odezwą i uzupełnią te nieudolne wspomnienia. Wiem, że wtedy i potem kochałam Ją jak nikogo na świecie.

Pamiętam jeszcze święta Wielkanocne, kiedy to na stołach w klasach leżały przygotowane do rozdania ciasta i bułki (skąd były na to pieniądze nie wiem), upieczone przez Siostry i Siostrę Wandę chodzącą między tymi stołami z radosnym uśmiechem, szczęśliwą, że można będzie uprzyjemnić święta ludziom. Atmosfera na Kazimierzowskiej to była Ona, Jej głęboka, mądra, współczująca i rozumiejąca wszystko dobroć, to był Jej uśmiech, Jej głos, który od razu upraszczał wszystkie trudności i dawał poczucie spokoju i bezpieczeństwa.

Ostatni okres wojny nie byłam przy Niej. Po wojnie widziałam Ją kilka razy tylko, jakże teraz żałuję, że nie wykorzystałam każdej możliwości zobaczenia Jej – Siostry Wandy. Myśl o tym, że mogłoby Jej zabraknąć była nierealna. Była świadomość, że jest i że można w każdej chwili szukać u Niej oparcia, odnaleźć ufność, która częściej się chwiała, niż w tamtych ciężkich czasach.

Niespodziewana wiadomość o Jej śmierci w pierwszym momencie obudziła bunt. Dlaczego Ona, która tak bardzo była potrzebna. Nie zawsze wiara w to, że tam w tym przyszłym, może i naszym świecie, jest ten Ktoś, potrzebny nam, wystarcza. I zaraz po tym zaczęłam się modlić do Niej - nie za Nią, bo przecież to nie było potrzebne… i tak już zostało.

Uratowała nam życie i może coś więcej, umocniła we mnie to co bardzo niejasno zaczęło się budzić - stosunek do Boga i człowieka. Nauczyła nas myśleć o innych, potrzebujących pomocy. I jeżeli teraz bardzo nieudolnie staram się być pożyteczną, wypełniać swoje życie myślą nie tylko o swoich najbliższych, jeżeli czasem uda mi się pomóc komuś - to jest Jej zasługa.

I wierzę w to, że wybaczy mi wszystkie załamania, zboczenie z drogi na którą mnie zaprowadziła, bo przecież była tu wśród nas uosobieniem prawdziwej, wielkiej, wszystko rozumiejącej miłości.


/-/ Anna Kaliska
Wrzesień 1959r.