» Siostra Maria Olga od Miłosierdzia Bożego - wspomnienie Teresa Anna ( Hania ) Kosyra-Cieślak «

Miałam pisać o tym wszystkim inaczej.
O naszej wspólnej - z Siostrami Olgą i Gizelą - podróży do Rzymu z obrazem beatyfikacyjnym, wystawą i książkami. Jak zabłądziłyśmy w Katowicach, potem jak przekraczałyśmy granicę i jak w Rzymie krążyłyśmy bezradnie nie mogąc znaleźć Watykanu... Jak cały czas Siostra Olga - wbrew swojej energicznej, aktywnej naturze - siedziała cichutko odmawiając różaniec.
Miałam też napisać jak w Instytucie Polskim w Rzymie razem z Siostrą Olgą rozpakowywałyśmy wystawę i jak Siostra walczyła o zachowanie folii i sznurków, by "uniknąć, tam gdzie można, kosztów". Jak w sobotni wieczór przed beatyfikacją z Romką i Agnieszką, a potem przy pomocy dobrych sióstr Terezjanek zrobiłyśmy coś około półtora tysiąca bułek i jak Siostra Olga, która w akcji tej uczestniczyła od początku do końca, całkiem po świecku mruczała pod nosem, że ma już dosyć... Jak wracałyśmy do Polski kursowym autobusem i jak siostry, które wiozły torbę z noszonymi habitami oraz reklamówkę z tasiemkami do robótek ręcznych dla dzieci, bały się aby jakiemuś celnikowi nie przyszło do głowy tych toreb otwierać i jak na polskiej granicy właśnie te dwie torby poszły na pierwszy ogień, a potem Siostra Olga mściwie śmiała się z celnika, który torbę z tymi habitami kazał natychmiast zamykać...
Miałam napisać też o wielu innych sprawach - drobnych, wzruszających, śmiesznych, jakie nam się przydarzyły w czasie owych dwóch tygodni, które miałam szczęście spędzić z ukochanymi moimi siostrami Gizelą i Olgą i z wszystkimi przedobrymi, najmilszymi siostrami Niepokalankami mieszkającymi bądź przebywającymi wówczas na Watykanie...
Koniecznie - o kluczach, które gdzieś się zapodziały w ten krytyczny piątek, kiedy to na watykański dom Niepokalanek spłynęła taka ilość gości, że ich opanowanie zdało się wymagać kolejnego cudu Matki Marceliny. I jak Siostra Olga w całym tym harmidrze zajęła się odnalezieniem moich kluczy i wydobyciem mnie z otchłani rozpaczy (już oczami wyobraźni widziałam, jak Salwatorianie wymieniają zamki w swoich czterech bramach i wszystkich gościnnych pokojach, a potem wystawiają Matce Maciei za to wszystko rachunek).
O tym - jak zbierałyśmy te wielkie szyszki w watykańskich ogrodach... Potrzebne były Siostrze Gizeli dla jaj kościerzyńskich podopiecznych, a s.Olga wykazała się niezwykłą przedsiębiorczością w ich zdobywaniu. Widzę ją jak w poniedziałkowe popołudnie w łagodniejących już promieniach wrześniowego słońca, biega po stromej skarpie pod watykańskim murem. Biały habit odcina się jasną plamą od wciąż żywej zieleni trawnika. Na ścieżce pęcznieją wypchane błękitne reklamówki. Jest niezmordowana i wciąż uwija się, mimo iż siostra Gizela nawołuje co jakiś czas: "Wystarczy, Siostro, wystarczy".
I jeszcze o kanarku, z którym Siostra Olga prowadziła tajemnicze gwizdane i szczebiotane rozmowy, zrozumiałe tylko dla nich dwojga. Pochylona niziutko, z twarzą na wysokości klatki ustawionej na podłodze kuchni w watykańskim domu Sióstr, na przemian coś świergotała i słuchała równie świergotliwej odpowiedzi.
Kiedy myślę o Siostrze Oldze, widzę ją właśnie tam, na Watykanie, białą i złotą od przepychu jesiennego rzymskiego słońca. Zabieganą i zmęczoną, ale przepełnioną tą samą radością, która aż promieniała od wszystkich Sióstr.
W czwartkowy wieczór - następnego dnia po powrocie z Rzymu pożegnałam się z siostrami Gizelą i Olgą. Pośpiesznie, nie kończąc słowa. Do autokaru, którym wracałam do Białej Podlaskiej, podrzuciły kilka paczek dla tamtejszych sióstr . Któraś z nich powiedziała: "Pędzimy, już Haniu, bo jest późno". Wiedziałam, jak bardzo są znużone, nie chciałam ich męczyć długimi podziękowaniami, brakowało mi słów. Pomyślałam, że to wszystko opiszę i one to przeczytają. Powiedziałam coś w tym rodzaju, całując je na do widzenia. "Czyż potrzebne są jakieś słowa" - powiedziała wtedy Siostra Olga...
Może jednak są potrzebne. Jakże bardzo żałuję, że nie powiedziałam jej wówczas, jak bardzo ją kocham, jak bardzo jest mi bliska i jak wiele jej zawdzięczam. Ona o tym wiedziała, ale są rzeczy, które trzeba powtarzać bez końca i słowa, których nigdy nie można odkładać na potem. Po tysiąckroć miał rację ksiądz Twardowski, kiedy pisał: "Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą..."
Z niedzielnego telefonu od Siostry Janiny dowiedziałam się, że Siostra Olga już nie żyła. Dotąd słyszę głos mówiący: "Siostra Olga nie żyje". Potem w nocy obudziłam się i myślałam, że telefon ten musiał mi się przyśnić.
***
Siostra Olga była moją wychowawczynią, siostrą klasową w Szymanowie. Pamiętam, ile z siebie nam dawała. Była bliska, ludzka, naturalna. Miała zwyczaj prowadzić z nami długi rozmowy w czasie rekreacji, spacerując wzdłuż szymanowskiego muru. Te rozmowy, jej szczerość i otwartość, to jak umiała się pochylać nad naszym nastoletnim rozwichrzeniem - to wszystko sprawiało, że czułam się kimś ważnym, wyjątkowym. Było mi to wówczas - w pierwszej, drugiej klasie bardzo potrzebne. To samo odczuwała większość z moich koleżanek.
O czym rozmawiałyśmy - dokładnie nie pamiętam, ale myślę, że o wszystkim: o Bogu, życiu, ludziach, wszelkich ludzkich sprawach... Siostra Olga nie bała się żadnych tematów, nawet najtrudniejszych. Dziś myślę, że w ten sposób realizowała ideę Matki Marceliny, która dla każdej dziewczynki kazała tworzyć jej własny plan wychowawczy. Potem sama już jako nauczycielka wielokrotnie się starałam Siostrę naśladować, poszukując w swych rozmowach z uczniami tego tonu otwartości i szczerości, który dziś pamiętam lepiej niż przedmiot rozmowy...
Od mych czasów szymanowskich wiele lat minęło i różnie toczyło się moje życie. Gdy ubiegłej zimy przyjechałam do Warszawy, by przez kilka dni pomagać siostrom przy pracach redakcyjnych, spotkałam tam moją dawną wychowawczynię. Potem wymieniłyśmy listy, potem jeszcze przyjechałam do Sióstr w czasie wakacji, potem razem jechałyśmy do Rzymu, a moją radość zwielokrotniało to, że mogłam przez cały czas być w pobliżu "moich" sióstr.
Tak więc zbiegły się te nasze drogi i nie mogłam wiedzieć, że droga Siostry Olgi dobiega już kresu.
Właśnie teraz, gdy piszę te słowa, nabieram dziwnej pewności, że Siostra Olga - zawsze wesoła, pogodna i pełna poczucie humoru - chciałaby, aby o tych rzymskich dniach mówić pogodnie, bo takie one były: jasne, słoneczne, pełne spokoju i radości. I wiem to na pewno, że mimo zmęczenia i dolegliwości fizycznych była w tych dniach bardzo szczęśliwa. Myślę też, że los swój wybrała świadomie, zdając sobie sprawę ze zbliżającego się końca.
Powiedziała mi to kilka razy w różny sposób, tylko że ja wówczas nie mogłam tego zrozumieć.
Gdy po beatyfikacji spytałam Ją, podobnie jak kilka innych sióstr, czy jest szczęśliwa, powiedziała, że dla kogoś, kto - jak Ona - tyle w życiu wycierpiał i kto już się w życiu niczego nie spodziewał, każdy z tych przeżytych tam, na Watykanie dni, a co dopiero dzień beatyfikacji jest darowany, jest prezentem od Boga...

Kochana Siostro Olgo! Wiem, ile radości było w Siostrze w tamtych ostatnich dniach. Wszystkie siostry aż jaśniały tą radością, białe i śliczne. Myślę, że tak samo musi Siostra jaśnieć dziś, chodząc z Matką Marceliną po rajskim ogrodzie i zbierając dla Jej dzieci duże rajskie szyszki. Widzę, jak wśród drzew schylają się postacie w białych habitach, prześwietlone przez łagodne promienie słońca, które nigdy nie zachodzi. Na pewno już Siostra wypatrzyła takie miejsce pod murem Edenu, gdzie tych szyszek jest pełno, bo nikt ich nie zbiera i teraz wiotkie anioły aż uginają się pod ciężarem pękatych niebieskich reklamówek...

 

Teresa Anna ( Hania ) Kosyra-Cieślak
wychowanka szymanowska 1968-1972