» Siostra Maria Olga od Miłosierdzia Bożego - ( Mirosława Płociniczak 1944-1996 ) - wspomnienie Elżbieta Poczopko-Międzybrodzka «

Siostra OlgaKiedy 15 października przybiegła do mnie matka koleżanki z wiadomością o śmierci Siostry Olgi, mój niespełna czteroletni syn, usiłując zrozumieć to, co usłyszał, spytał : "Czy nasza Siostra Olga umarła? Nasza Siostra Olga poszła do nieba" ?
Pobiegłam natychmiast na pocztę zdzwonić na "Idzika", żeby dowiedzieć się, czy to prawda, co się stało, kiedy pogrzeb. W drodze moje dziecko pytało jeszcze wielokrotnie: "Dlaczego Siostra Olga nie żyje ? " I chociaż wierzymy, że Pan Bóg zabrał Siostrę dla siebie w najwłaściwszym dla Niej momencie, my wszyscy, którzy kochaliśmy Ją pytamy jak mały Wojtuś: "Dlaczego Siostra Olga umarła? Dlaczego tak wcześnie?"
Siostrę Olgę poznałam jeszcze jako panią Mirkę w 1968 roku. Snułam się po korytarzach szymanowskich z nosem na kwintę - smutna pierwszoklasistka dręczona tęsknotami za domem i ciągłymi bólami głowy, ale z wielką sympatią patrzyłam na postulantkę, od której biła energia i radość życia, która potrafiła głośno śmiać się i biegała z Kingą Kantorską po dachu, bo trzeba było coś stamtąd ściągnąć.
Potem straciłyśmy ją z oczu, bo wyjechała do Wrzosowa do nowicjatu. W czasie wakacji 1972 roku byłyśmy z Alą Rydelek na pierwszych ślubach Siostry.
Następne moje wspomnienie o Siostrze Oldze podobne jest do pierwszego. Ja, już w klasie maturalnej, ale znowu ponura, bo ostatni zjazd rodziców przed maturą, pora obiadowa, a do mnie nikt dotąd nie przyjechał. Siostra spotkała mnie na korytarzu, jednym spojrzeniem oceniła sytuacją i spytała: "Co się stało? Nikt do ciebie nie przyjechał? No to jeśli do czwartej naprawdę nikt do ciebie nie przyjedzie, to ja do ciebie przyjadę..." I tak się stało. To zdanie zapoczątkowało naszą długą, niemal 25 letnią przyjaźń. Siostra Olga przyjechała do mnie na zawsze. Po maturze, oczywiście głównie ja jeździłam do Siostry - do Szymanowa, Wałbrzycha, Sącza, ostatnio do Warszawy.
Siostra Olga miała zawsze za mało czasu. Studiowała najpierw biologię na Uniwersytecie Łódzkim, później teologię życia rodzinnego na ATK. Była nauczycielką, wychowawczynią, dyrektorką. Już w Zgromadzeniu nauczyła się grać na fisharmonii i grywała podczas Mszy św. i nabożeństw. Poza tym miała Siostra inne talenty. Organizowała nie tylko śpiewy, ale i przedstawienia, projektowała i wykonywała do nich dekoracje. Wszyscy przybiegali do niej z różnymi kłopotami: "Siostro, but się rozkleił, plama nie chce zejść, to urządzenie tylko Siostra potrafi zreperować".
Będąc dyrektorką w Wałbrzychu sama wyszlifowała do surowego drewna elektryczną szlifierką wszystkie stoły, bo twierdziła, że brzydko wyglądają ich wielokrotnie przemalowywane powierzchnie.
Kto przyjaźnił się z Siostrą Olgą ten uczestniczył w zajęciach i wówczas, czy to w pracowni chemicznej w Szymanowie, czy przy szlifowaniu stołów w Wałbrzychu, czy przy projektowaniu dekoracji w Nowym Sączu, czy wreszcie, przeważnie w samochodzie, w Warszawie przychodził czas na rozmowy. Siostra Olga umiała wspaniale słuchać z głębokim, autentycznym zainteresowaniem, z życzliwością, która powodowała, że wszyscy się przed nią otwierali. Niejednokrotnie dzięki jej trafnej uwadze rozmówca zaczynał widzieć swoje problemy we właściwych proporcjach - "Będę się za ciebie modlić" - słyszałyśmy zawsze na pożegnanie. To nie był frazes; nasze sprawy były "omodlone" rzetelnie.
Siostra Olga była tak czynna, że nawet w czasie pogrzebu czuło się jej obecność. Wzrok podświadomie szukał Siostry, a w kaplicy nie chciało się wierzyć, że nie ma jej przy fisharmonii. Uczestnicząc w pogrzebie, słuchając homilii, cały czas miałam wrażenie, że Siostra jest gdzieś obok, że za chwilę zdziwiona powie: "Czy to o mnie wszystko? Dla mnie ta uroczystość? Ja przecież nie byłam nikim ważnym."

I tak zostanie w naszej pamięci. Bo choć może nie była "nikim ważnym", to dla nas zostanie kimś najważniejszym. Siostro Olgo kochana, Siostra pewnie nawet w niebie znajdzie sobie coś do roboty - proszę naoliwić dobrze zawiasy od wrót do nieba, żeby nie skrzypiały, gdy będą się otwierać na nasze przyjście...

Elżbieta Poczopko-Międzybrodzka
wychowanka szymanowska 1968-1972