» Siostra Maria Olga od Matki Boskiej - (Jadwiga Frey +1963) - biogram «

Siostra OlgaPochodziła z religijnej rodziny żydowskiej. Straciła matkę gdy miała pół roku. Ojciec posiadał dom w Jarosławiu i tu zaczęła chodzić do szkoły, do której uczęszczały prawie same dzieci katolickie. Z nimi więc odmawiała modlitwę przed nauką – często „Pod Twoją Obronę”, nie wiedząc do kogo to się odnosi.
„Gdy byłam nieco starsza, zaczęłam chodzić z dziećmi na nabożeństwa majowe do Fary. Gdy cała szkoła klęczała przed wielkim ołtarzem, ja zatrzymywałam się przed bocznym, gdzie był duży obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem na ręku. Tak mi się strasznie „Ta Pani” podobała, że z dnia na dzień bardziej Ją kochałam.
Klęcząc przed Nią, bezwiednie niemal wołałam „Pod Twoją obronę”. Postać Jej towarzyszyła mi wszędzie. W nocy Ją nawet czułam przy sobie. Myślałam, że obraz ten jest podobizną jakiejśżywejistoty i biedziłam się, kto mnie z Nią potrafi zapoznać i zbliżyć.
W duszy miałam już wówczas swój świat osobny!
Stawałam się coraz bardziej zamyślona i poważna, aż siostra moja zwróciła uwagę ojca, który zaczął się obawiać, czy nie jestem chora. Pewnego razu, gdy miałam już 12 lat, znalazłszy się sama w kościele, rzuciłam się sama na kolana przed ukochanym obrazem i zaczęłam głośno wołać: „Pani moja, jakaś Ty piękna! Ktoś Ty jest?” I posłyszałam wyraźne słowa: „Ty będziesz moja!”.
Do mego ojca przychodził często dominikanin, Ojciec Podlewski, lubił mnie bardzo, nieraz ze mną rozmawiał, nazywając mnie „Różyczką”.
Kiedyś na osobności spytałam go, kim jest owa cudna Pani w kościele katolickim, ale nie bardzo chciał mnie informować ze względu na mój wiek dziecinny.
Lecz zesłał mi Bóg inną pomoc. W szkole naszej była druga dziewczynka – żydówka, o trzy lata starsza ode mnie. Do niej udałam się po radę. Spytałam się jej kiedyś, czy nie wie, kim jest ta Pani? Odpowiedziała, że wie, ale nie potrafi dobrze wytłumaczyć, zresztą jeszcze bym tego nie zrozumiała.
Zaczęłyśmy rozmawiać ze sobą coraz częściej i dowiedziałam się, że moja koleżanka nosi się z zamiarem przyjęcia Chrztu św. Wspólnie więc powzięłyśmy zamiar udania się do Krakowa, do Sióstr Felicjanek. Ponieważ koleżanka moja była starsza i bardzo samodzielna, było jej łatwiej niż mnie wszystkim się zająć. Ona więc cały nasz wyjazd zorganizowała, porozumiawszy się z Ojcem Podlewskim.
Umówiłyśmy się, że w oznaczonym dniu po południu, gdy pewien człowiek przejdzie pod naszymi oknami, ja wymknę się z domu u udam się na kolej, gdzie będzie czekać na mnie moja koleżanka, z kupionymi już do Krakowa biletami – z ciepłym ubraniem, bo to była zima, i z pieniędzmi. Łatwo chyba zrozumieć, co się wówczas działo w mojej duszy! Łaska mnie formalnie pchała, ale serce dziecka żal ściskał przed opuszczeniem domu rodzinnego na zawsze, i lęk przed nieznaną przyszłością.
Owego popołudnia siedziałam z ojcem moim i siostrą, trzęsąc się z zimna, mimo ciepła w pokoju – spoglądałam z lękiem w okno, raz po raz, oczekując umówionego znaku.
Nareszcie idzie! Wybiegłam z pokoju pod jakimś błahym pozorem i tak jak byłam w sukience, mimo silnego mrozu, zarzuciwszy tylko szalik na głowę, puściłam się w stronę stacji, a bojąc się, by mnie ktoś znajomy nie spotkał, nie szłam główną drogą, ale leciałam polem, brnąc w śniegu po kolana. Czułam się pełną odwagi i siły – coś mnie pędziło, jak gdybym miała skrzydła u ramion, a w duszy wciąż wołałam: „Pani moja, bądź ze mną!”. Gdy jednak znalazłam się już z koleżanką w wagonie –i z każdą chwilą dalej od domu rodzinnego, zadrżało serce dziecka – strach fizyczny mnie ogarnął – i rozpłakałam się rzewnie, mimo że w głębi duszy miałam pokój!
Przyjechałyśmy do Krakowa do Sióstr Felicjanek, późno wieczorem w sobotę, czekał już na nas miły pokoik, łóżka otoczone białymi firankami – wszystko wokół białe. Gdy weszłam, ujrzałam tylko jedno: duży, cudny obraz Niepokalanej! Rzuciłam się przed nim na kolana, odmówiłam głośno: „Pod Twoją obronę!” – zdziwiona zakonnica spytała: „Skąd ja to umiem, czy je jestem katoliczką?” – „Nie – odrzekłam – ale wy mnie prędko nauczycie o swoim Bogu; ja chcę wszystko o Nim wiedzieć”. A siostra na to: „Ależ ty już jesteś katoliczką, dziecko!”
Podali nam wieczerzę. Gdy potem siostry wyszły i miałam pójść spać, po raz wtóry ogarnęła mnie szalona tęsknota za domem, za moim biednym ojcem. Z płaczem rzuciłam się na kolana i zaczęłam „moją Panią” wzywać na ratunek. Po chwili, zmęczona wrażeniami i podróżą, położyłam się i zasnęłam.
W poniedziałek dano mi znać, że przyjechał mój ojciec z siostrą i jakimś, zdaje się, adwokatem. Wyszłam do niego do rozmównicy z dwiema siostrami. Ojciec, zobaczywszy mnie, spytał z wielkim rozżaleniem: „Co było przyczyną mojej ucieczki z domu?
„Nie wiem – coś mnie pchało i czułam, że „nasz Bóg” czegoś ode mnie wymaga, ale nie wiem czego. Ojciec na to: „Czy chcesz może zmienić wiarę? Nie masz prawa, bo jesteś jeszcze dzieckiem” (miałam zaledwie 14 lat). A adwokat: „Niech panienka powie, co panienkę do tego kroku skłoniło? Czy jakaś miłość? Ojciec: „Ona tego jeszcze nie rozumie”. „Czy może, żeby nie być przy rodzinie?” Ojciec znów zaprzeczył.
Wtedy ja rzekłam: „nie wiem nic, tylko czuję w sobie jakąś siłę, która mnie do czegoś woła i pcha!” A ojciec: „Znasz przykazania Boże, co mówi czwarte przykazanie?” – „Znam i pamiętam, co mówi pierwsze przykazanie”. Adwokatowi podobały się moje odpowiedzi – uważał, że jestem rozwiniętą i że dobrze wszystko rozumiem. Zażądał, abym tę rozmowę, którą on notował, stwierdziła swoim podpisem. Ojciec próbował się temu sprzeciwić, ale na próżno. Adwokat kazał mu na razie ustąpić, gdyż sprawa mojej ucieczki miała być sądownie badana.
Dziś, gdy o tych przejściach myślę, widzę jasno, że ojciec mój musiał wówczas, oczywiście całkiem bezwiednie, ulegać również działaniu Bożemu. Przecież, nie wdając sięw żadną dyskusję, mógł mnie siłą, żandarmami z klasztoru zabrać! A nie uczynił tego, tylko usunął się do miasta. Dwa tygodnie przesiedział w Krakowie, śledząc toczący się proces, błagając sędziów i adwokatów, by mu nie zabierali dziecka!
Przeciężkie czasy oczekiwania na wyrok osładzały mi lekcje religii. Szczęście poznawania Boga przewyższało obawę niepomyślnego rozstrzygnięcia sprawy. Zresztą miałam w duszy niezachwianą wiarę, że mnie Bóg nie opuści. Co raz to wzywali mnie do rozmównicy, do różnych panów adwokatów i sędziów. Wszystkim odpowiadałam ze spokojem to samo.
Siostry stwierdziły, że Duch Święty za mnie mówił, a ja sobie myślałam: „Któż to jest Duch Święty?”
Wreszcie otrzymałam wezwanie, by się osobiście stawić w sądzie. Siostry wyprawiły mnie z lękiem swoimi końmi i ze swoim rządcą, starszym człowiekiem.
W sądzie spotkałam na schodach jakiegoś starszego pana z długą, białą brodą, który zaraz podszedł do mnie i zapytał: „Czy to panna Frey?” – „Tak” – odrzekłam. – „To proszę za mną”. To powiedziawszy, wprowadził mnie do maleńkiego pokoiku, gdzie kazał mi na siebie czekać. Po dobrej godzinie powrócił i rzekł: „Jest nadzieja, że wszystko będzie dobrze”. Jestem adwokatem Markiewiczem – wszystko za panią załatwię, proszę wracać do domu i więcej się w sądzie nie pokazywać”.
Z lekkim sercem powróciłam do klasztoru. Siostry dowiedziawszy się, że adwokat Markiewicz wziął moją sprawę w swe ręce, twierdziły, że wygrana niechybna.
„Magnificat” dziękczynne. Tymczasem prędko schodził mi czas w klasztorze.
Z każdym dniem poznawałam nowe prawdy. Tajemnica Wcielenia napełniała mnie podziwem, zachwytem, szczęściem i radością!
A więc Ten wyglądany Mesjasz już przyszedł i jest między nami! I Ta uwielbiana przeze mnie Pani, to Jego Matka Niepokalana!!!
Godzinami wyklękiwałam w kaplicy, zatapiając się w rozmyślaniu i modlitwie. Gdy koniec procesu się zbliżał, z najwyższą wiarą polecałam wyniki jego Sercu Jezusowemu, wierząc najmocniej, że mnie nie opuści. I tak się stało.
Wbrew wszelkiemu oczekiwaniu, gdyż prawo było właściwie po stronie ojca, wszyscy sędziowie orzekli, iż mimo, że nie jestem pełnoletnia, ale tak jest widoczne we mnie działanie łaski Bożej i takie zrozumienie i pragnienie wiary świętej, mimo prawie lat dziecinnych, że nie mogą mi nakazać powrotu do domu.
I tu nowy cud Miłosierdzia Bożego! Biedny mój ojciec, dowiedziawszy się o decyzji sądu z największym bólem wyrok przyjął – nie robił odwołania – ale złamany i zgnębiony, beze mnie do domu powrócił.
Gdy się zbliżała chwila Chrztu Świętego, Siostry, widząc moją beztroskę i całkowitą obojętność na sprawy materialne – czuły się w obowiązku przestrzec mnie, że przyjmując Chrzest św., a tym samym, zrywając z rodziną, zostaję bez żadnych środków materialnych do życia, że u nich długo nie będę mogła pozostać – muszę się więc zastanowić, jak i czym potrafię na swoje utrzymanie zapracować. Siostry miały zupełną rację, mówiąc mi o tym, ale mnie wówczas dziwnie marną wydawała się ta przezorność ludzka wobec ogromu łaski Bożej! Pan mnie wołał i wierzyłam, że tak w ubóstwie, jak w bogactwie nie opuści mnie!
Wreszcie doczekałam się owego dnia świętego. Było to 24 maja 1890 roku – pamiętam do dziś, z jakim staraniem Siostry nas tego dnia ubrały. Od stóp do głów byłyśmy białe – w białym welonie na głowie.
Ponieważ proces mój był głośny – tłumy publiczności wypełniły kościół, że z trudem zdołano nas po ceremoniach chrztu świętego do dużego ołtarza doprowadzić. Tam podano nam – to jest mojej koleżance z Jarosławia i mnie, klęczniki. Zatopiłam się w modlitwie, ale po jakimś czasie doleciał mnie głos księdza. Początkowo słyszałam jakby same dźwięki, nad treścią ich się nie zatrzymując, lecz potem treść ich przykuła na chwilę moją uwagę. To ksiądz Kanclerz Bandurski opowiadał z ambony historię mego nawrócenia! Żadnego to na mnie nie zrobiło wrażenia, jakby nie mnie dotyczyło. Po kazaniu dalszy ciąg Mszy św., podczas której przyjęłam po raz pierwszy Pana Jezusa! W więc nareszcie On był moim!! Tego szczęścia nic oddać mi nie zdoła!
Na Chrzcie świętym otrzymałam imiona Marii-Jadwigi. Adwokat Markiewicz był moim ojcem chrzestnym. Kto matką, nie pamiętam.
W miesiąc później odbyło się moje Bierzmowanie; Sakrament ten przyjęłam z rąk kard. Puzyny. Wkrótce po Bierzmowaniu odbyła się próba mego całkowitego oddania się Panu Bogu.
Otwierała się przede mną świetna przyszłość. Pewien młody obywatel z okolicy obecny na moim Chrzcie, zapragnął się ze mną ożenić. Ale ja poszłam po radę do Serca Jezusowego. Po parogodzinnej modlitwie, która trwała do 3-ciej w nocy, wstałam z silnym przeświadczeniem, że Bóg, który mnie do wiary świętej powołał – wystarczy mi !!!
Siostry jednak zaczęły mi perswadować, że jeśli tę partię odrzucę, czeka mnie ubóstwo i brak wszelkiej opieki. Ale mnie wystarczyła myśl, że On o mnie pamięta!!
Wkrótce Siostry posłały mnie do Łańcuta na naukę do Sióstr Boromeuszek. Było mi tam ciężko i smutno. Po roku powróciłam do Krakowa, i tam spotkałam się z panią de Ressegnier, z domu Kińską, która się mną zainteresowała i przyjęła do siebie.
Była dla mnie jak rodzona matka, spędziłam u niej 6 lat, żyłam w przyjaźni z jej córkami, otoczona staraniem i dostatkiem. Ale im lepiej mi było, po ludzku mówiąc, tym bardziej dusza moja czuła pustkę. Napadały na mnie smutki, z których nie umiałam zdać sobie sprawy. Tam również zainteresował się mną książę Frans Mandrof. Z największą obojętnością przyjmowałam jego względy, nie zdając sobie nawet sprawy, co one miały znaczyć. Moja opiekunka zastawała mnie nieraz we łzach. Zapytana o powód, mówiłam, że czuję w życiu jakiś brak, sama nie wiem, co to znaczy.
Wreszcie zaczęłam myśleć o klasztorze, jako o jedynym sposobie całkowitego oddania się Bogu.
Pani de Ressignier, widząc, że niczym nie może mnie zaspokoić, po 6 latach odesłała mnie do Sióstr Felicjanek, którym zostawiła pewną kwotę pieniężną.
Podczas mego pobytu u pani de Ressignier zjawił się jeszcze raz mój biedny ojciec, błagając, bym powróciła do domu. Obiecywał zupełną wolność wyznawania wiary, jaka mi się podoba, chodzenia do kościoła, kiedy tylko zechcę, służbę katolicką! Pokusa była silna, ale księża nie pozwolili i mieli rację!
Pragnęłam więc klasztoru, ale jakiego?
Początkowo myślałam o Felicjankach, ale one mi same odradziły. I naraz, nawet nie wiem, jak się to stało, znalazłam się w wagonie pędzącym do Berlina. Słyszałam, że tam jest jakiś: „Sant Josephs Heim” na Pappeln Allee. Do Berlina przyjechałam późno wieczorem i wziąwszy dorożkę, kazałam się zawieźć do Pappeln-Allee. Siostrze furtiance oznajmiłam, że przyjechałam, by z nimi pracować i u nich pozostać. Siostry mnie przyjęły, byłam na próbie u nich 9 miesięcy. Pracowałam z małymi dziećmi w ochronie. Wstawałam z Siostrami w nocy na modlitwę. Kwestowałam nawet po mieście na biedne dzieci, co mnie przejmowało wielkim szczęściem.
A jednak, po jakimś czasie poczułam w duszy, że to nie dla mnie i po kilku miesiącach wróciłam do kraju. Trafiła mi się posada: przygotowanie chłopczyka do gimnazjum. Przyjęłam ją z myślą uzbierania sobie trochę pieniędzy do klasztoru, a którym marzyłam, nie wiedząc jednak, gdzie mnie Bóg chce mieć. Jednej nocy w pół-śnie, w pół na jawie, ujrzałam przed sobą postać Niepokalanej, w białej szacie, z niebieską przepaską, tak jak Ją malują. „Ach, idzie – pomyślałam – to Ją poproszę, i Ona mi wskaże, do którego Zgromadzenia mam wstąpić”. Natychmiast ujrzałam, jakby górę piasku, która mnie od Niej zasłoniła. Ja starałam się piasek odgarnąć, by się do Niej dostać, wreszcie udało mi się, rzuciłam się na kolana i wołałam: „Matko moja, powiedz, do jakiego Zgromadzenia mam wstąpić?” I posłyszałam wyraźną odpowiedź: „Będziesz w moim Zgromadzeniu”. „Ale które to jest Zgromadzenie?” – pytam. „Niepokalanek” – odpowiada, a ja na to znowu: „Matko moja, ja nic nie wiem, co to są te Niepokalanki! Ja ich nie znam!” A Matka Boża drugi raz mi powtórzyła: „Będziesz w moim Zgromadzeniu, Niepokalanek!” „A cóż z moim ojcem?” Odpowiedzi tu nie powtórzę, bo ona dla mnie tylko. I widzenie znikło.
Wstałam rano z myślą szukania tych Niepokalanek! Wszyscy otaczający zauważyli we mnie wielką zmianę, nie wiedzieli co to znaczy. A to moje szczęście wewnętrzne bezwiednie odbijało się na zewnątrz.
Przez dłuższy czas byłam w ogromnym podniesieniu ducha, a w pracy z moim uczniem namacalnie niemal czułam pomoc Bożą! Więcej go prawie nauczyłam, niż sama umiałam. Zdał świetnie egzamin do klasy drugiej w Chyrowie.
Szukając innej posady, zatrzymałam się przez jakiś czas w Krakowie. I znów miałam dziwne zdarzenie. Idąc o zmroku ulicą spotkałam jakąś nieznaną Felicjankę, która ujrzawszy mnie, przystanęła, zwróciła się w moją stronę i rzekła: „Panna Jadwisia wstąpi do Zgromadzenia Niepokalanek” – i poszła dalej. Kiedy później pytałam na Smoleńsku, która by to była Siostra – nie wiedziano.

Tak czy inaczej, wszystko mi mówiło, że mam być Niepokalanką, a ja nie miałam pojęcia, kto one są, ani gdzie ich szukać!

Nie śmiałam przed nikim zwierzyć się z mojej tajemnicy, tylko duszę swą wylewałam w długiej modlitwie przed obrazem Matki Boskiej Pocieszenia u Ojców Dominikanów, prosząc, by mnie sama zaprowadziła do tych Niepokalanek, skoro chce, bym u nich była.
Trafiła mi się znów posada do dwóch dziewczynek – przyjęłam ją. Pewnego razu na wieczorku znalazłam się przy stole, przy p. Ruczkównie, wychowance Sióstr (późniejszej Siostrze Julicie, Niepokalance). Podczas rozmowy o wszystkim, wspomniała ona mimochodem, że ma rodzoną siostrę u Niepokalanek.
Dreszcz po mnie przebiegł, gdym to usłyszała! Choć serce biło jak młotem, z pozornym spokojem poprosiłam o adres do Niepokalanek. Tego samego wieczoru napisałam list do Matki Przełożonej – równocześnie po niemiecku i po polsku, aby być lepiej zrozumianą. W paru słowach streściłam moje życie i dodałam, że „nic nie mam, nic na własność nie posiadam, tylko serce pragnące się ogrzać przy Sercu Jezusowym”. W parę dni potem otrzymałam wezwanie na rekolekcje do Jazłowca.
U furty klasztornej powitały mnie S. Imelda i S. Felicja. Było już późno wieczorem. Nazajutrz rano zaprowadzono mnie do Mateczki, której oznajmiłam, że przyjechałam tu, żeby Bogu służyć, i że już stąd nie wyjadę. – „To dopiero rekolekcje wykażą, moje dziecko” – rzekła Mateczka. – „Kiedy ja wiem na pewno, że mam tu zostać” – odrzekłam. – „A któż ci powiedział?” – spytała z uśmiechem Mateczka. – „Kto? Matka Boska!” – i opowiedziałam to zdarzenie.
W drugim dniu rekolekcji Mateczka już mi powiedziała, że widzi we mnie wyraźne, wybitne powołanie do tego Zgromadzenia, i że gotowa mnie zaraz przyjąć.
I tak się stało. Zaraz po rekolekcjach dostałam czepek postulantek. Był to dzień święta Zwiastowania 25 III 1900 roku, tegoż roku 8 XII otrzymałam habit zakonny, a 3 III 1908 roku śluby wieczyste związały mnie ze Zgromadzeniem Niepokalanek na wieki.
* * *
Od owych dni wiele lat minęło! O ojcu moim wiedziałam tylko, że żyje. Ojciec mój biedny nie wiedział o mnie nic! Mimo bardzo wielu poszukiwań nie mógł przez długie lata odnaleźć żadnych śladów. Aż przyszła wojna! Skąd mu wówczas przyszła myśl, że jestem w Zgromadzenie Niepokalanek, nie wiem. Wiem tylko tyle, że parokrotnie, spotkawszy nasze Siostry w mieście, zaklinał, by mu powiedziały, co się ze mną dzieje: „Ja wiem, że moja córka jest u was; zlitujcie się, powiedzcie mi, bo ja na pewno wiem, że Jadwisia moja jest u was”., itp. Siostry milczały lub zagadywały, bo nie czuły się w prawie zdradzać tajemnicy – obawiano się bowiem zemsty.
Aż wreszcie w 1925 roku nastąpiła chwila mego spotkania z ojcem. Matka Wawrzyna ulitowała się łzom i tęsknotom 83-letniego starca i posłała mnie na kilka dni do Jarosławia, wierząc, że już nam teraz nic nie grozi.
Przygotowano mego ojca do mojego przybycia. Gdy weszłam do mieszkania, ujrzałam starca pełnego powagi, wyciągającego do mnie ręce z zapytaniem: „Czy to moja córka?” Rzuciłam się na kolana ze łzami w oczach i długą chwilę przeklęczałam, nie mogąc słowa wymówić!
A on stał w milczeniu, trzymając na mojej głowie swe drżące dłonie. Gdy wreszcie wstałam, ujrzałam dwie wielkie łzy w jego pięknych, pełnych wyrazu oczach.
Opanowawszy wreszcie pierwsze wzruszenie, spytał: „Więc jesteś zakonnicą? Cóż to znaczy, wytłumacz?”. Mówię więc ojcu, że służę Samemu Bogu, że jestem służebnicą Boga Samego.- „Jak to – rzecze – więc służysz Bogu? Na czym to polega? Jak ty rozumiesz tę służbę Bogu, bo to jest bardzo wielkie powołanie” – i nie czekając odpowiedzi, pyta się: - czy jestem dla wszystkich dobra? Czy o nikim źle nie mówię? Czy kocham Pana Boga i wdzięczna Mu jestem, że mnie do swej służby raczył przyjąć? „Bo musisz sobie dobrze zdać sprawę, Komuś się oddała, bo tego lekceważyć nam nie wolno – więc jeżeli służysz tylko Bogu... to ja ci przebaczam! Przebaczam, boś Jego służebnicą, a to dla mnie święta służba – i widzę, że jesteś szczęśliwa!
Potem kazał sobie opowiedzieć, jaką pracą się zajmuję i czy dużo się modlę, „bo świat tego potrzebuje – bo bez modlitwy wszystko by runęło!”
Nazajutrz przyjechała moja siostra z mężem – oczywiście, że mnie nie poznała po tylu latach, ani ja jej. Płakała ze szczęścia widzenia się ze mną.
Potem w jesieni 1927 roku musiał ktoś towarzyszyć S. Zofii z Sącza do Jarosławia i dobra Matka Wawrzyna mnie naznaczyła, bym mogła raz jeszcze ojca mego zobaczyć. Jakaż to była znów radość dla tego starca, który jak Symeon pragnął raz jeszcze przed śmiercią mnie oglądać! „A Bóg mi to dał!” – rzekł ze wzruszeniem.
Ciekawą rzecz mi opowiedział, że przez kilka nocy śniła mu się moja matka, która umarła, gdy miałam pół roku, a teraz pocieszała go, mówiąc: „Nie płacz, bo ona jest bardzo szczęśliwa” (ona umarła jako Żydówka).
Spytałam ojca, dlaczego tak ubogo żyje? Czemu się nie przeniesie do mojej siostry, której na niczym nie zbywa?- Bo widzisz – odrzekł – skoro Pan Bóg dopuścił, żem wszystko podczas wojny postradał, to widocznie taka wola Jego, żebym w ubóstwie żywota dokończył.
I tyś przecie uboga, bo nic nie masz, prawda? Bo majątek szczęścia nie daje, tylko życie wedle prawd Bożych...
S. M. Olga zmarła 5 lutego 1963 roku w Wałbrzychu
Zebrała i opracowała s. Eligia Milewicz