» Siostra Maria Irena od Najświętszej Panny Jazłowieckiej - wspomnienie Anna Wolańska-Komornicka «

Migawki wspomnień - Siostra Irena (Krysia Jost).
"I by radosną była jako uśmiech dziecka spraw to najświętsza Panno Jazłowiecka"
Taki właśnie uśmiech miała Krysia Jost, gdy spotkałyśmy się we wrześniu 1935 r.
W jazłowieckim klasztorze. Ona, onieśmielona, kurczowo trzymająca się ręki swej starszej siostry Basi. Ogromne, niebieskie oczy w ciemnej oprawie brwi i rzęs, prosty, nieduży nosek, nad uszami dwa niesforne warkoczyki i - właśnie ten uśmiech, czasem ledwo zarysowany na jej różowej twarzyczce, a czasem od ucha do ucha, który wnet przechodził w wesoły i zaraźliwy śmiech.
W dzieciństwie nawet kilka lat tworzy przepaść niemal pokoleniową. Ta różnica wieku jest jeszcze wyrazistsza w szkolnym internacie. Tzw. Małe, trochę zalęknione, oderwane od rodziców i rodzeństwa, od domu, w którym były pępkiem świata - i Duże, obeznane z wszelkimi arkanami obyczajów i regułami harmonijnego współżycia, ok. 200 uczennic, piastujących różne odpowiedzialne funkcje w społeczności koleżeńskiej (Krucjata Eucharystyczna, Sodalicja Mariańska, różne kółka zainteresowań); bywały one przemądrzałe, nadopiekuńcze, z poczuciem własnej ważności, nieraz mało tolerancyjne (sądzę po sobie, oczywiście). W 1937 r., gdy miałam już za sobą siedem lat pobytu w Jazłowcu, zwróciła się do mnie, jako do prezeski Dzieci Marii, Krysia z prośbą o przyjęcie. Rogata dusza, kozak w spódnicy, impulsywna, roześmiana i rozgadana trzpiotka - była przez swoją klasę i przez nas, starsze, bardzo lubiana. Ale czy to wystarczy , zastanawiałam się poważnie. Wreszcie w rozmowie w cztery oczy powiedziałam jej . "Moja złota, jesteś szczera i prawdomówna, przyjazna dla otoczenia, pełna pomysłów i werwy - na pewno świetny "materiał" na Dziecko Marii. Ale sądzę, że należy trochę poczekać. Musisz nabrać dojrzałości, ustatkować się, pogłębić swoje życie wewnętrzne. Sama wiesz, że często jesteś nieobliczalna, niedowarzona, trochę humorzasta - od wybuchów łez i rozpaczy do radosnych uniesień. To nic złego, masz taką naturę, cała młodość przed tobą. Sodalicja jednak stawia wysokie wymagania nam wszystkim: duchowego wyrobienia, umiejętności opanowywania się, dawania przykładu innym. Myślę, że za pół roku, jeśli zechcesz i będziesz nad sobą pracować - to cię przyjmiemy z otwartymi ramionami". Po latach siostra Irena przypomniała mi tę rozmowę, przekomarzając się ze mną z serdecznym uśmiechem, ale ja poczułam się bardzo głupio.
Główne cechy jej charakteru. Wielka prostota, szczerość i spontaniczna życzliwość w stosunku do otaczających ją ludzi. Siostra Irena miała (i zachowała do ostatnich swych dni) nie tylko uśmiech dziecka, ale i duszę niewinnego, ufnego dziecka. z upływem lat od małej roztrzepanej Krysi doszła ciernistą i żmudną drogą do niestrudzonej i pełnej wyrzeczeń siostry Ireny. Przez ten cały czas dojrzewało w niej to dziecięctwo Boże, które swym nieprzepartym urokiem pociągało do niej ludzi. Stosunek człowieka z Bogiem jest najbardziej intymną tajemnicą, której nikt postronny nie przeniknie. I ja nie śmiałabym o tym mówić. Ale już "gołym okiem" widać było u Siostry Ireny tę żarliwą pobożność, zwaną przez teologów "donum pietatis", której fundamentem była miłość Chrystusa i bliźniego. Jej modlitwa była zawsze skupiona, pogrążona w Bogu; wydawało się, że nigdy jej nie męczyła. Pamiętamy Msze św. "na Idziku", we Wrzosowie czy Szymanowie z okazji naszych spotkań, gdy po skończonym nabożeństwie miałyśmy ochotę już wstać z klęczek, wyprostować plecy po długim siedzeniu na twardej ławce, a siostra Irena z wielkim przejęciem rozpoczynała głośne pacierze w wielu intencjach: koleżanek chorych, zmarłych, ułanów Jazłowieckich i ich rodzin itp. Podobnie w pieśniach religijnych śpiewała z namaszczeniem, całą duszą, nigdy nie ograniczając się do jednej czy dwu strofek, ale ciągnęła cały tekst. Była to jej autentyczna potrzeba serca. w takich przypadkach lubiła komenderować i wszystkich pociągać za sobą.
Na pewno odbiegała od stereotypu mniszki, zwłaszcza w opinii osób stojących daleko od Kościoła i niechętnych wobec zakonów. ("Wstąpiła, bo nikt jej się nie trafił" albo "po przeżyciu zawodu miłosnego" albo "z lenistwa i wygodnictwa(!)", "uniżona, milcząca, ręce w małdrzyk, buzia w ciup, tylko by wszystkich nawracała" - znamy tę śpiewkę. Ale, mówiąc szczerze, i w swoim ukochanym Zgromadzeniu spotykały ją niekiedy krytyka i brak zrozumienia, zwłaszcza w początkach jej działalności. Starszym siostrom o przedwojennej mentalności, trudno było pogodzić się z jej zbytnią swobodą, z niewyparzonym czasem słownictwem (choć dziś wydaje się nam ono niemal wytworne, salonowe). Siostra Irena z pokorą, bardzo zawsze lojalna, przyjmowała wszelkie zarzuty pod swym adresem, niczego w swych sprawozdaniach wobec przełożonych nie zatajając, ani nie "podhaftowując", by mieć przysłowiowy święty spokój. Obracała się i pracowała w tak skrajnie odmiennych warunkach niż klauzurowe siostry sprzed 1939r.! Gdy kiedyś w poufnej rozmowie ją o to zapytałam, westchnęła: "Tak. Czasem jest ciężko". Ale zaraz potem, śmiejąc się, przytoczyła mi zdanie siostry Assumpty, (którą ogromnie kochała i czciła) "Wciąż te chłopy koło siostry! Co to jest?' " Chłopy, to oczywiście znaczyło mężczyźni.
Była zawsze sobą, nigdy nie przybierała póz, nie grała roli. Każdy, kto znalazł się blisko niej, kto potrzebował czegoś, kto cierpiał, był dla niej najważniejszy, jedyny. Zdradzana żona, zrozpaczona po stracie męża wdowa, trudne i zbuntowane dziecko, samotna i opuszczona dawna wychowanka, matka zgorzkniała niewdzięcznością swych dzieci, młody kleryk bez środków do życia, starsza pani pragnąca opublikować swe religijne poezje - tych wszystkich ludzi Siostra Irena umiała wysłuchać, pocieszyć, doradzić im. Co więcej, natychmiast uruchamiała całe grono przyjaciół, znajomych, którzy byli w stanie konkretnie pomóc, zaprotegować, sypnąć groszem. w różnych urzędach (zwłaszcza w okresie PRL) wypraszana jednymi drzwiami wracała drugimi albo i oknem. Nie było dla niej nieważnych ludzi i nieważnych spraw. Pamiętamy Ją, jak zawsze pogodna umiała żartować, jak barwnie opowiadała swoje perypetie i całe sagi z pobytu na Ukrainie. " Ale gaduła ze mnie! Powiedzcie, kiedy będziecie miały już dosyć! " - przerywała swe relacje o spotkanych ludziach i miejscach. Nigdy nie użalała się nad sobą, nie podkreślała swych osiągnięć czy własnych zalet. Przeciwnie. Wszystko co dobre, to Pan Bóg zdziałał, mimo jej potknięć i słabości. Matka generalna umiała wykorzystać niezwykły charyzmat siostry Ireny, przydzielając jej utrzymanie łączności z byłymi wychowankami w całej Polsce oraz okresowo działalność na Ukrainie. A wiemy jak trudne i wyczerpujące, nieraz ponad siły było życie - często głodne i chłodne - między Buczaczem, Mikulińcami, Jazłowcem, w tych pierwszych latach. Już nie o klauzurze, ale nawet o zwykłym odosobnieniu czy prywatności, tak koniecznej dla zakonnicy, nie było mowy. Ale siostra Irena w swej pracy tam, we współżyciu z ludźmi złaknionymi Boga i miłości ludzkiej, odnalazła pełnię siebie. Mówiła mi, że to najbardziej cenny dar, jaki otrzymała od Boga przez Zgromadzenie. Jej wielkie otwarcie na każdego, nawet przypadkowo spotkanego człowieka przynosiło nieoczekiwane rezultaty. Urocza i atrakcyjna przez swą serdeczność dla otoczenia, mogła się bardzo podobać, ale - i to jest ważne - nigdy nie było w niej cienia kokieterii, jakiejś kobiecej zalotności, chęci zwrócenia na siebie uwagi. Jej misja "latającego Holendra" tu i na Kresach, sprawiała, że stykała się z ludźmi najróżniejszego pokroju, wieku, różnej kultury i obyczajów, nawet odmiennego savoir-vivre'u. Nie tylko jednak habit świadczył o jej konsekrowanym powołaniu, ale jej takt i skromność pozwalały trzymać we właściwym dystansie tych wszystkich, z którymi miała do czynienia w pociągach, rozklekotanych autobusach czy ciężarówkach (nieraz musiała korzystać z autostopu, zwłaszcza na Wschodzie). Niejeden raz w swych wędrówkach znalazła się w sytuacji nie do pomyślenia dla przedwojennej zakonnicy. "Mój Anioł Stróż dobrze mnie strzeże! " powiedziała mi kiedyś.

Oto jedno z jej opowiadań, które zapamiętałam z "Idzika", pod tytułem "Pan Edzio". Siostra Irena jedzie nocą pociągiem na drugi koniec Polski na spotkanie z kołem KZJ. Wchodzi do przedziału. Pusto, tylko pod oknem siedzi starszy jegomość i czyta gazetę. "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus"... Facet zrywa się na równe nogi i oburzony obsypuje ją gradem wyrzutów. " Jak pani, czy raczej siostra, śmie narzucać mi swoją religię?! Co za fanatyzm i brak tolerancji! Nie mówiąc już o typowym dla katolików obskurantyzmie! "Niewybredny atak trwa bez końca. Co Ty na to, pytam. Już widzę moją Krysię, która nie zapomina języka w gębie i zaraz wypali mu płomienne Credo... A tu - nic podobnego. Siostra winduje z trudem swą ciężką torbę na górną siatkę i cichutko siada w drugim rogu przedziału. Ani mru-mru. "Przymykam oczy. Domyślacie się, jakie akty strzeliste rzucam w niebo za tego biedaka. Po długiej chwili, gdy się już facet wyindyczył, aż tchu mu zabrakło, spojrzał na mnie czekając riposty. Moje milczenie zbiło go z tropu. Ale nie daje za wygraną. "Oczywiście, święta męczennica! Milczy, bo jest przekonana, że ma rację". "Nie proszę pana, nie miałam racji. źle postąpiłam i bardzo pana przepraszam. Nie powinnam była narzucać mojej religii i moich poglądów. Tak, postąpiłam nietaktownie, ale proszę mi wierzyć, że nie chciałam w niczym pana urazić." Umilkłam, oparłam głowę o poduszkę i znów zamknęłam oczy. Chrząkał, szeleścił gazetą, wreszcie nie wytrzymał i jakby nigdy nic: "Chyba za ciemno na czytanie; gdy jeździmy razem, to żona odbiera mi książkę, bo słabe światło i jeszcze wagon rzuca..." "Choruje pan na oczy?" spytałam. Ożywił się, jakby na to czekał i zaczął opowiadać o swych kłopotach zdrowotnych. Operacja zaćmy, jedno oko już niemal stracił, teraz grozi utrata drugiego... Nie przerywałam mu, ale widział, że słucham go uważnie i że mu współczuję. Lody zostały przełamane. Wyciągnął zza pazuchy kopertę ze zdjęciami dzieci i wnuczka. Je
dnak coś nie dawało mu spokoju, bo w pewnej chwili wtrącił mimochodem. "Niech się siostra nie gniewa na ten mój wybuch na wstępie. Jestem ateistą i szczycę się swoim libertyńsko-racjonalnym światopoglądem - a tu, już widziałem, jak mnie siostra zacznie nawracać. Nie znoszę tego. Ale teraz przykro mi, że tak siostrę niesprawiedliwie potraktowałem". "Nie ma o czym mówić" odparłam - "powtarzam, że należała mi się nauczka. Powinnam była po prostu powiedzieć na powitanie Dobry wieczór panu. I kwita. Tak odtąd będę robić, bo dużo jeżdżę pociągami". Zapanowała swobodna atmosfera. Na przemian odpoczywaliśmy w ciszy albo rozmawiali jak starzy znajomi. Przedstawił mi się... Edward lksiński, i szarmancko buchnął mnie w mankiet. Opowiadając o swych wojennych losach poczęstował mnie kanapką, a ja odwzajemniłam się jabłkiem. Zainteresował się czy ktoś wyjdzie po mnie na dworzec, "bo zima i będziemy na miejscu jeszcze po ciemku, a tam różne dziwne typy się kręcą". Uspokoiłam go, że będą na mnie czekać dawne wychowanki i podziękowałam za troskę. "Cieszę się, że pana poznałam i powiem panu na pożegnanie, nawet ryzykując pana zły humor, że będę się specjalnie modlić za pana oczy i za całą rodzinkę, którą już znam z fotografii. Do widzenia i wszystkiego dobrego życzę."

      Następne opowiadanie siostry Ireny dotyczy pierwszej podróży grupki sióstr na Kresy. "Wielkie wzruszenie. Nadzieja. Oczekiwanie. I trochę lęku. Z Matką uzgodniono wszystkie szczegóły pobytu we Lwowie. Gdzie być, co zobaczyć i zwiedzić, z kim się spotkać. Codzienne Msze i Komunie św. w kościołach otwartych dla wiernych. I ważne zlecenie. Nie wolno nam wchodzić do kościoła, w którym obecnie jest Muzeum Ateizmu (jak by się cieszyła miejscowa gadzinówka komunistyczna ze smaczku dziennikarskiego: mniszki z Polski w habitach pędem pobiegły do muzeum ateizmu. Takiego curiosum nie znajdą w swoim zaściankowym ciemnogrodzie!) Siostra Irena opowiada ciekawie o tej pierwszej "pielgrzymce", o swych wrażeniach z miasta, które pamięta roześmiane, kolorowe. Teraz szarzyzna, smutek, bieda aż piszczy, kolejki przed świtem po chleb, a na ulicach panoszą się krzykliwe plakaty o radzieckim raju na ziemi. Modlą się długo u Marii Magdaleny , jednym z dwu kościołów, gdzie wolno odprawiać nabożeństwa. Przechodzą również obok kościoła św. Elżbiety, obecnie słynnego ze świętokradzkich, wulgarnych obscenów religijnych -Muzeum Ateizmu. Godziny otwarcia 9-17. Wstęp wolny. Nie zatrzymujemy się, ale serce nam płacze. Ale ja już wiem, co zrobię, przynajmniej postaram się zrobić. Zabawię się w Sherlocka Holmesa, a potem zobaczymy. Przed nocą, gdy muzeum już dawno zamknięte, wybieramy się tam we dwie, obchodzimy budynek szukając bocznej furtki. Jest. Wchodzimy na dziedziniec. Na parterze światełko w oknie. Pukam. Wychodzi malutka starowina przerażona, kto się dobija po nocy. Otwiera szeroko oczy na widok habitów. I ulga. "Jesteśmy tu przejazdem. Czy nie zna pani kobiety o nazwisku X? Jej rodzina mieszkała tu w czasie wojny, koło kościoła." Kłamię jak z nut, ale czy ja wiem kim jest stróżka takiego obiektu! Okazuje się: Polka. O mej znajomej nigdy nie słyszała (skąd by mogła...), prosi by wejść do jej pokoiku. Ciekawa, co w Polsce, miała tam kiedyś bratanków. Tutaj, w zamian za tę izbę, musi pilnować, sprzątać, otwierać i zamykać muzeum. Przewodnik to Rosjanin. Przychodzi tu oprowadzać wycieczki. To niebezpieczny człowiek. Wciąż biję się z myślami, czy mogę zaufać tej kobiecinie. Decyduję się, gdy ona prosi nas - pomódlcie się w tym waszym klasztorze do Matki Boskiej za mnie. To co tu o Niej pokazują woła o pomstę do Boga. Raz kozie śmierć, myślę. I odsłaniam przed nią prawdziwy cel naszej wizyty. "Czy jutro, późnym wieczorem może nas pani wpuścić, całą naszą grupę sióstr, do wnętrza? Nie chcemy nic oglądać, nie potrzebujemy świateł, chcemy się modlić i przepraszać Pana Jezusa za to, co się tu dzieje i błagać o nawrócenie twórców tego muzeum. Wiemy , że pani tu ciężko (i szybko wyjmuję z

torby kawę, herbatę, czekoladę i rodzynki, którymi obdarowano nas na drogę), to za pani dobre serce, za pani pobożność i za zachowanie tajemnicy" (mówię z naciskiem, patrząc jej w oczy). Starowina uszczęśliwiona, rzuca się nam na szyje, obiecuje milczeć jak grób.
Nazajutrz przemykamy się wszystkie, pod osłoną ciemności do furtki za muzeum, Stróżka wskazuje nam drogę idąc przodem. "Tu był kiedyś ołtarz, A tam w górze widać twarzyczki aniołków, których nic udało im się zwalić ani porąbać. Wracam do siebie i będę na straży. Ale tu w nocy nic ma żywego ducha." Padamy na kolana i przy mdłym świetle kaganka odmawiamy różaniec i wszystkie modlitwy , jakie tylko na pamięć umiemy. Nie czujemy bólu nóg, zimna ani strachu. Powiem wam, że chyba nigdy nic modliłam się tak gorąco. Nie wstydzimy się łez. To tak jakbyśmy znalazły się na Golgocie, gdzie Ukrzyżowany był znieważony , pohańbiony , odrzucony przez ludzi, za których umarł. Przed świtem wychodzimy niepostrzeżenie, żegnając konspiracyjnym szeptem przez stróżkę, która zacnie całą noc nie odchodziła od swego okna. "święte siostry, tak długo się modliły. Aż mi się wstyd zrobiło, że ja tam często jestem, a nigdy się nie modliłam. Jakoś wśród tych świństw nie pomyślałam o Panu Bogu. Teraz już zawsze zmówię Zdrowaś Mario.
Moje siostry kochane w siódmym niebie, ale ja, odpowiedzialna za nie, mam wielki problem moralny. Mówię im "Opowiem wszystko Matce. Niech mnie ukarze jak zechce za złamanie posłuszeństwa. Ale ufam, że Matka wybaczy i zrozumie. Żadnego zgorszenia nie było, nikt nas nie widział, nasza poczciwa Polka będzie się tam teraz modlić. A ja mam nadzieję, że Pan Jezus, który tyle lat tam mieszkał w swoim domu, ucieszył się z naszej wizyty."
Gdy siostra Irena skończyła, nasunęła mi się pewna analogia, której jednak nie wypowiedziałam wówczas. Oto przypomniał mi się rozbrajający gest małej św. Teresy, gdy rano po wstaniu z łóżka kładła krucyfiks na swej poduszce mówiąc : "Teraz Ty odpocznij Panie Jezu, a ja trochę pocierpię za Ciebie." I ostatnia scenka, o której mi opowiadano, ale która doskonale obrazuje nastawienie siostry Ireny do każdego człowieka, który w danej chwili jej potrzebował. W czasie uroczystej Mszy św. przy grobowcu jazłowieckim do siostry Ireny dosłownie "przykleiła " się zgrzybiała starowinka, dawna uczennica tzw. szkółki przyklasztornej. Całowała siostrę po rękach, tuliła się do niej i obejmowała ramionami. I tu, siostra Irena tak bardzo ruchliwa, nie umiejąca ustać na jednym miejscu, nie tylko że nie starała się delikatnie pozbyć zawadzającej jej kobieciny, a przecież miała wiele obowiązków organizacyjnych, ale dała jej się całkowicie zawładnąć! Jak ją o to spytałam w Warszawie, odpowiedziała: "Widzisz, w różnych porządkowych sprawach mógł mnie zawsze ktoś wyręczyć. Dla tej biedulki ja stałam się ucieleśnieniem wszystkich Niepokalanek, poczuła się dzieckiem naszych sióstr. Nie mogłam pozbawić jej tego szczęścia". Taka właśnie była moja Krysia, nasza siostra Irena. Na półtora roku przed śmiercią "Pan dotknął ją ręką swoją, ale z ust jej nie słyszano skargi ani szemrania". Nie lubiła mówić o swym zdrowiu, choć nieubłagana choroba czyniła coraz większe spustoszenie w jej organizmie. Jak trudno jej było zachować wrodzoną radość życia - Bogu jednemu wiadomo. Każde czasowe polepszenie, każda chwila ulgi czy nowy lek (np. zioła Bonifratrów) napawały ją nadzieją. "Będzie dobrze, dopóki Pan Bóg zechce". Ze szpitali po operacjach i zabiegach powracała do domu pogodna i spokojna. Tylko "chemia" dobijała ją psychicznie. Bezsenność, stałe nudności, wstręt do jedzenia, wywoływały w niej samopoczucie, tak bardzo niezgodne z jej naturą. Nie zapomnę wizyty na onkologii, gdy tam leżała po raz ostatni. W czepeczku na głowie pozbawionej włosów, powitała mnie tylko oczami, w których mignął cień uśmiechu. Serce mi się krajało na widok jej wychudzonej twarzyczki napiętnowanej bólem. "No widzisz, jaka jestem" - szepnęła. Kazała mi siąść blisko przy sobie. "Tylko mów szeptem, bo pani obok wreszcie się zdrzemnęła. Co u ciebie?" Po kilku chwilach wyszłam cichutko, bo była zmęczona. Ale gdy już "chemię" przerwano, opowiadała mi siostra Gizela, że na pytanie "Co siostrze przynieść'! Na co siostra miałaby ochotę?" - rozmarzyła się "Tak bym zjadła talerz pierogów ruskich! " Inni, tj. siostry , może jakiś ksiądz, uczennice i wychowanki siostry Ireny , napiszą o Niej więcej wspomnień. Jej świętość i miłość, którą ogarniała tak szerokie kręgi ludzi znalazła swój wyraz w pogrzebie w Szymanowie, gdzie mimo powszedniego dnia, ogromne tłumy przybyły by Ją pożegnać. "Niepokalanki powinny być szczęśliwe i ziękować Pani Jazłowieckiej, że miały taką osobę w swoim Zgromadzeniu" powiedziała mi jedna z pań, gdyśmy wracały od grobowca do klasztoru.
 

Anna Wolańska-Komornicka Jazłowiec 1930-1938

tekst z kwartalnika"Głos Koleżeński" KZJ (nr 27/28 Warszawa 1997 r.)