» Siostra Maria Assumpta od Jezusa - wspomnienie - Anna Wolańska-Komornicka «

Anna Wolańska-Komornicka
Jazłowiec 1930-1938

 

Tak jak nie byłam w stanie powiedzieć nawet paru słów na pogrzebie siostry Assumpty , tak i teraz jest mi ogromnie trudno przełamać wewnętrzny opór, by pisać o Niej. I dlatego, że była Ona kimś wyjątkowym, i dlatego, że nasz wzajemny stosunek był tak bardzo osobisty i intymny. w grobowcu dn. 20 sierpnia, jej siostrzenica Marysia nazwała ją swoją Matką; ja, nie związana z Siostrą żadnym pokrewieństwem, powiem to samo. Była dla mnie drugą Matką, surową i wymagającą, ale i kochającą, pełną serdecznej troski. Umiała w każdej sytuacji zawirowań moich losów znaleźć właściwe słowo rady, pociechy, zalecenia czy też krytyki i upomnienia. Już w beztroskich latach jazłowieckich, jako nasza klasowa i nauczycielka religii i niemieckiego, imponowała mi swą niezwykłą prawością i bezpośredniością. Z natury niezależna, samodzielna (żeby nie powiedzieć samowolna) miała żarliwy i popędliwy temperament, który, jak mi mówiła po latach, sprawiał jej i jej otoczeniu kłopoty w życiu zakonnym. Nie na darmo pochodziła z sapieżyńskiego rodu, bratanica księcia Metropolity Adama Sapiehy, człowieka niezachwianej wiary, mądrego patriotyzmu i nieustraszonej odwagi. Jej mowa była tak tak - nie nie. Nie "patyczkowała się" z nami, bez słodkiego sentymentalizmu, gorliwie angażowała się w międzyludzkie sprawy, swym przykładem i słowem przybliżając nam Boga. Zapamiętałam zabawny epizod, gdy w 1930 r. po raz pierwszy przyjechałam do Jazłowca. Siostra Assumpta właśnie opuściła nowicjat. Nie miała jeszcze wprawy w obcowaniu z dziewczynkami. Kiedy po popołudniowej rekreacji cała sfora rozhasanych uczennic biegała po alejkach ogrodu, siostra Assumpta na próżno donośnym głosem wykrzykiwała ich imiona, żeby je zawrócić do klasy. Gdy nic nie pomagało, wołała coraz głośniej, cmokając i uderzając prawą dłonią o prawe udo. Stałam właśnie przy Niej pękając ze śmiechu. Na widok Jej zdziwienia bąknęłam, że to raczej psy są wrażliwe na takie gesty (sama tak robiłam w domu z moimi ukochanymi czworonogami). Siostra szalenie się speszyła i mruknęła:
"Bo one są takie nieposłuszne !"

W klasie maturalnej nasza szóstka była tak zauroczona "Krzyżowcami" Kossak-Szczuckiej, że każda z nas przybrała sobie imię jednego z owych znamienitych rycerzy, niejako wcielając się w ich postacie. Między sobą rozmawiałyśmy pięknym, archaizowanym językiem a na rekreacjach wiodłyśmy długie dysputy o tym jak najskuteczniej przeciwstawić się niecnej "fides Graeca", jak pobić wrażych Saracenów, i z myślą o Jeruzalem niebieskiej jak zdobyć glorię broniąc Grobu Chrystusowego. Byli to Rajmund St.Gilles, pan Tuluzy (Hanka A.), świątobliwy Godfryd de Bouillon (Winia Sz.), Walter bez Mienia, gardzący zaszczytami, z mizerykordią wiszącą na szyi (Krysia B.), Tankred, wnuk Roberta Guiscarda, którego usta nie znają kłamstwa (Łucka U.), Imbram Strzygonia z puszczańskiego grodziszcza śląskiego (Zosia Ch.) i Robert f1andryjski, "lanca i miecz rycerstwa" (Anda W.). Wszyscy, jak jeden mąż, ślubowali dozgonną, serdeczną służbę bogdance i pani ich serc pięknej i mądrej Idzie de Haineau o zagadkowym uśmiechu (siostra Assumpta). Ona, kochana, dała się wciągnąć w naszą grę i z rozbawioną pobłażliwością wysłuchiwała naszych płomiennych dla Niej hołdowniczych deklaracji. Obecnie żyje już tylko dwóch rycerzy krzyżowych, a ci, do dziś, w swych epistołach, które gołębie pocztowe noszą między Australią a Polską (Rajmund St. Gilles i Robert flandryjski) piszą w nagłówku listów z Sydney i z Warszawy wspólne zawołanie "Bóg tak chce!"

Pod pozorami surowości siostra Assumpta kryła gorące serce, wielką troskę o każdą istotę powierzoną Jej pieczy. Kochała nas dla Boga i w Bogu. Nie będąc typem intelektualistki, miała wrodzoną mądrość i wnikliwą znajomość człowieka, którą rozwijała w miarę pełnienia coraz to bardziej odpowiedzialnych funkcji w Zgromadzeniu. Trzy kadencje Przełożonej Generalnej, wybranej w demokratycznym głosowaniu - to mówi samo za siebie! Wobec wychowanek będących w potrzebie duchowej lub materialnej była niezawodną pomocą. Gdy po wojnie znalazłam się w fatalnej mizerii finansowej, z trójką małych dzieci, matka Assumpta zaprosiła dwoje młodszych z moją Matką na 3 tygodnie do Szymanowa w lecie, gdzie ksiądz Jezuita i siostra Ena przygotowali Stefanka i Bisię do I Komunii świętej, która się uroczyście odbyła w klasztorze. Matka nie chciała słyszeć o jakimkolwiek wynagrodzeniu za ich pobyt i wyżywienie.

Pamiętam mój pierwszy przyjazd do Szymanowa. Uklękłam obok siostry Assumpty w kaplicy i widząc Panią Jazłowiecką, wybuchnęłam nagle głośnym płaczem. Szlochałam nie mogąc się opanować, trzęsłam się cała, łzy ciurkiem... Siostra, trochę przestraszona, objęła mnie ramieniem, całowała, tuliła do siebie, wyciągnęła chustkę do nosa z przepastnej kieszeni habitu. "Już dobrze, dziecino, uspokój się, już dobrze." Była wzruszona, bo zrozumiała co czułam: ile bólu, straconych nadziei, tragedii rodzinno-wojennych przetoczyło się w mym życiu od czasu gdy modliłam się przed tymże posagiem naszej Matki Boskiej w Jazłowcu.

W rozmowach i listach Siostra wypytywała mnie o moją rodzinę. Ja znając sprzed wojny matkę Siostry, tzw. "Księżnę Tildi", Bisię (która mi w 1938 r. zaproponowała Bruderschafta!) zaprzyjaźnioną z moją Matką i Tilkę - też żywo interesowałam się losem Jej bliskich. Siostra prosiła mnie nieraz o modlitwę w szczególnych intencjach swoich krewnych. Obie modliłyśmy się przez parę lat za dwóch Krzysztofów - bratanka siostry Assumpty i mojego syna. Kiedyś Jej powiedziałam: "Rozmawiamy o tylu rzeczach i ludziach, ale tak naprawdę to chciałabym mówić z Siostrą o Panu Bogu" ścisnęła mnie za rękę "I ja też. Bo obie wiemy, że jedynie to jest ważne." Do dziś odmawiam modlitwę siostry Assumpty z lat jazłowieckich, co rano wstając z łóżka: "Panie Boże, ofiaruję Ci wszystkie moje myśli, słowa i uczynki dnia dzisiejszego na większą chwałę Twoją i za zbawienie dusz."

Innym razem opowiadałam Siostrze o mojej niemieckiej koleżance, którą z rygorystycznego protestantyzmu atmosfery domowej przyciągnęła do katolicyzmu osoba Matki Bożej. Zdziwiło mnie to, bo przecież Chrystus z Ojcem i Duchem św. jest jądrem naszej wiary i religii. Wtedy siostra Assumpta przyznała mi się, że dawniej ona też widziała w Matce Boskiej raczej cudowną ozdobę chrześcijaństwa, gdyż jej macierzyństwo przemawia do serca człowieka. Ale dopiero po wstąpieniu do zakonu zaczęła w pełni pojmować rolę Maryi w relacji człowiek-Bóg, i rozumieć, że bez Jej FIAT nie byłoby odkupienia ludzkości, że Jej Róbcie cokolwiek wam każe" w Kanie Galilejskiej zniewala Boga samego, a Jezusowe "Oto syn Twój, oto Matka Twoja" na Golgocie, jest rękojmią miłosierdzia dla grzeszników.

Siostra Assumpta chciała znać moje zdanie w wielu dziedzinach religijnych i patriotycznych w Kościele polskim i na świecie. Dyskutowałyśmy np. o "Tygodniku Powszechnym", o ks. Tischnerze, o różnych wypowiedziach i posunięciach naszych hierarchów. Zdarzało się, że do uszu Siostry dochodziły opinie, które uważałam za krótkowzroczne, błędne, nawet krzywdzące. Siostrze ogromnie zależało na prawdzie, na tym, by wyłuskać zdrowe ziarno spomiędzy plew, bezstronną opinię spośród uprzedzeń i subiektywnych sądów. Ale zawsze, również w sprawach "de publicis", fundamentem u Niej była nauka Chrystusowa, wierność Ewangelii. Gdy raz zbulwersowana artykułem w szmatławcu "NIE" lżącym już nie tylko kler i "zabobony katolickie", ale samego Jezusa i Jego Matkę, życzyłam Urbanowi ognia piekielnego, siostra Assumpta oburzyła się na mnie. "I ty to mówisz! Córka takich rodziców i nasza wychowanka! A do kogo przyszedł i za kogo umarł na krzyżu Pan Jezus, jak nie właśnie za tych, którzy Go biczowali, opluwali, męczyli i naśmiewali się z Niego. Za takich Urbanów et consortes! Im więcej zła to pismo wyrządza, tym gorliwiej mamy modlić się za nawrócenie tych nieszczęśników. Nie wolno nam z piedestału naszej "doskonałości" życzyć im potępienia wiecznego! Nie bądź nigdy, Ańdziu, tym ciasnym i samolubnym "starszym bratem" z przypowieści o Synu Marnotrawnym !"

Inny temat naszych listów i spotkań stanowiło Zgromadzenie. Było ono dla siostry Assumpty nie tylko domem, rodziną, ale i Jej największą miłością tu na ziemi. Obejmowała nią całe dzieło Matki Marceliny -wszystkie siostry i wychowanki. I tu też nasze codzienne modlitwy spotykały się przed Panem. Z jaką czułością w głosie wspominała s. Zenonę, s. Antonię, s. Almę. Jak gorąco była wdzięczna siostrze Hieronimie za jej dozgonną opiekę nad Nią ! Jak lubiła rozmawiać z siostrą Boromeą o dawnych czasach jazłowieckich ("siostra Boromea mówi mi o różnych sprawach, których wtedy nie dostrzegałam albo nie rozumiałam"). Pamiętam moje zdziwienie, gdy siostra Assumpta powiedziała, że w okresie swego postulatu wiele zawdzięczała w dostosowaniu się do życia zakonnego - siostrze Tarsylii! Otóż siostra Tarsylia (zwana przez nas Tarsyliusz Pyszny) była tzw. "szafirową" siostrą, tj. drugiego chóru, która sprawowała niepodzielną władzę nad westiarnią, co tydzień wydzielała nam pościel i bieliznę, ponadto nadzorowała nasze wieczorne ablucje. /.../ Siostra Assumpta wzruszyła mnie głęboko swym zaufaniem, mówiąc o pewnych wewnętrznych problemach Zgromadzenia i wówczas zastrzegała "To tylko dla Ciebie. Między nami" (wiedziała, że jestem jak "studnia", i jak kocham moje Niepokalanki). Jedne sprawy cieszyły Ją, inne zastanawiały, niepokoiły , niekiedy martwiły. Mówiła o powołaniach zakonnych: "Zawsze ważniejsza jest jakość niż ilość. Módl się o to świat tak bardzo się zmieniał za mego życia. Inny jest dziś "materiał" i naszych wychowanek i kandydatek do klasztoru. Inna kultura, wychowanie, często brak chrześcijańskiej tradycji w ich domach. Ale my musimy wypełniać nasze obowiązki wychowawcze wobec tych, które Bóg nam zsyła". Wiem, jak bardzo Siostrze zależało na tym, by w niczym nie wypaczać wskazań i nauki Matki Marceliny. Różne innowacje dyktowane z konieczności ewolucją epoki Siostra starała się rzetelnie oceniać, nigdy z góry nie odrzucać,

choć wyznawała, że nieraz z trudem Jej to przychodzi. Z mej strony argumentowałam, że gdyby Matka Darowska dziś kierowała Zgromadzeniem, to też dostosowywałaby się do obecnych potrzeb ludzi, Kościoła i ojczyzny.

Na koniec moje osobiste wyznanie. Długo wahałam się czy mam prawo wyjawić część tego, co siostra Assumpta mówiła o sobie samej. Zdecydowałam się na to wreszcie, mając przykłady zwierzeń publikowanych, np. św.Teresy z Lisieux (której pisma niedawno czytano siostrze Assumpcie), czy siostry Faustyny, gdyż ich słowa i myśli ukazują drogę do świętości w pokornej i ofiarnej miłości do Boga. Otóż siostra Assumpta do końca była przekonana o swych brakach, słabościach, wręcz wadach. "Popatrz! Wszystkie moje równolatki w Zgromadzeniu już odeszły, a mnie najstarszą Pan Jezus wciąż tu trzyma (o Bogu mówiła najczęściej "Pan Jezus", z dziecięcą ufnością). Wie, co robi (z westchnieniem). Po 96 latach jeszcze nie dojrzałam do spotkania z Nim. Robię się leniwa, zobojętniała. Tyle osób mnie niecierpliwi, a przecież kocham je. Tyle spraw mnie drażni, męczy. Wystawiam cierpliwość Pana Jezusa na nie lada próbę !" Tłumaczyłam Siostrze, że to wiek, osłabienie fizyczne, stałe dolegliwości działają na naszą psyche bez naszej woli. Ja, o tyle młodsza, ale już stara pietruszka, odczuwam to samo. Pan Bóg wszystko wie i widzi. "Nie mam czego Panu Jezusowi ofiarować mawiała. Ileż sióstr było i jest obłożnie chorych, rak, operacje, gehenna szpitali. Spójrz: siostry Amata, Ancilla, Alma, Irena biedactwo - ile one się nacierpiały , a ja nic. Wszyscy się koło mnie trudzą, opiekują się. No tak, nogi i kości mnie pobolewają, ale czyż to nie jest normalne, jak się dochodzi do setki !" Tak mówiła osoba na wózku inwalidzkim, sterana wiekiem, o słabym wzroku i słuchu, ale niezłomnego ducha. Bardzo spodobała się Jej moja codzienna modlitwa z wersetu Ps. 70, którą Siostrze posłałam. "Ne proicias me, Domine, in tempore senectutis, cum defecerit virtus mea, ne derelinquas me! (Nie odrzucaj mnie, Panie, w czasie (mej) starości, gdy słabnie moja odwaga (cnota) nie opuszczaj mnie!).

Siostra Assumpta od Jezusa przez długie lata była, jest i ufam, że będzie w przyszłości drogowskazem i sumieniem całej wspólnoty niepokalańskiej Zgromadzenia i wychowanek umiłowanego dzieła błogosławionej Marceliny.
 

tekst z kwartalnika "Głos Koleżeński" KZJ (nr 27/28 Warszawa 1997 r.)