» Siostra Maria Assumpta od Jezusa - Maria Osterwa-Czekaj - "Ciocia"«

Maria Osterwa-Czekaj
Szymanów1956-1960
na zdjęciu: Księżna Matylda Sapieżyna z dziećmi.
Od lewej: Elżbieta (Elżbisia), Paweł, Alfred (w wojsku austriackim, zginął 5 czerwca 1916r. w okolicach Krzemieńca), Matylda (Tilka), Maria (Maryńcia, późniejsza Siostra Assumpta).

 


Myślę, że żal mój po odejściu Siostry Assumpty jest porównywalny do uczuć tych wszystkich, których wychowywała... bardzo ważna była świadomość, że jest - modli się - pamięta, jeżeli można było się z nią zobaczyć (dla mnie pracującej w krakowskiej telewizji, instytucji wysoce dezorganizującej, to znaczyło dwa razy w roku) - to był kontakt PEŁNY. pełne otwarcie, zrozumienie, umiłowanie. Ja zresztą rzadko piszę listy , więc nasze spotkania były rzeczywiście dla mnie "dniami skupienia". Kiedy żyła jeszcze moja matka Matylda zwana Tilką i ich brat Paweł, to te spotkania były dla mnie jeszcze dodatkowo kroniką rodzinną - bo oni stale wspominali dawne czasy. Nie opowiadali sobie specjalnie tego, co robili, gdy się nie widzieli, ale właśnie: a pamiętasz, Pawełku... Te dawne czasy towarzyszyły Cioci w jej ostatnich chwilach. Była przecież momentami w pełni świadoma, pytała mnie o wszystko i komentowała ("robisz film o Ojcu - musisz się bardzo starannie przygotować, by potem się lepiej pracowało ! "), a chwilami mówiła o Pawełku właśnie.

Więc - podzielę się z Wami fragmentami wspomnień mojej Babki, Matyldy z Windisch-Graetzów Sapieżyny, pisanymi w czasie okupacji hitlerowskiej na podstawie zapisków i pamiętników:

Dnia 13 lutego 1899 r. nasza rodzina powiększyła się o córeczkę Marię. Bawiliśmy wówczas we Lwowie. Kilkanaście dni po jej urodzeniu zaczęła się katastrofa Banku Kredytowego: teść mój (Adam Sapieha) przewodniczący Rady Nadzorczej Banku Kredytowego oświadczył, że gwarantuje za wszystkie wkłady... w taki sposób rodzina Sapiehów straciła blisko 8 000 000 guldenów! A cień tej katastrofy finansowej na długo zasmucił życie rodzinne. W kwietniu wróciliśmy do Siedlisk (k. Rawy Ruskiej) i staraliśmy się tam w miarę możliwie o różne ulepszenia." Pierwszy raz odnajduję siostry Niepokalanki w lecie 1904 r.:,,- Powstał zamiar oddania Elżbisi (najstarsza córka) na dalsze wychowanie do klasztoru. Ciężka to była decyzja. Zwiedziliśmy klasztor ss. Niepokalanek w Nowym Sączu i Sacré-Coeur w Zbylitowskiej Górze." (wybrano tym razem Sacré-Coeur...)

Maryńcia, gdy była mała, była ogromnie serdeczna i przywiązana do nas, ale trochę mazgaj, gdy podrosła nie była wybitnie zdolna ani do nauk, ani do języków, jak bracia, ale cokolwiek robiła, uczyniła zawsze pilnie i z wielką dokładnością, była rozsądna i praktyczna i można było na niej polegać. Wszystkie moje dzieci miały w sobie coś nieokiełznanego, wojowniczego i sprzeciwiającego się, były prawdomówne, nie udawały nic, to pochodziło w części z wrodzonej prawości, ale także jak sądziłam, z pewnej "magnackiej buty".

2/9 1915. Postanowiliśmy oddać Maryńcię i Tilkę do Zakładu Niepokalanek w Sączu, decyzja była ciężka, ale wszyscy bardzo chwalą ten klasztor, zakonnice są osoby bardzo kulturalne i wykształcone.

9/9 Wczoraj w Klasztorze pożegnanie z panienkami. Tileczka zalewała się łzami. Marynieczka dławiła zmartwienie, ale spokojna i bez tej szorstkości, która nas czasem tak razi. Może się to utrzyma nie tylko póki nieśmiałość ją krępuje! Matka Przełożona zadowolona z niej, wogóle co tu widzę i słyszę mi się podoba, tylko potrzeba więcej ruchu i gier.

1920. Adamowie Sapiehowie umówili się z Maryńcią w Oleszycach, że od września ona obejmie u nich w Bobrku funkcje kasjerki. Skończyła bowiem kurs buchalterii. Ten plan się jej ogromnie podobał, uważaliśmy także, że w czasach tak niepewnych praca poważna i odpowiedzialna jest na miejscu.

1922. Maryńcia z Tilką spędzały karnawał w Krakowie. Było kilka ładnych balów. Karla (Lanckorońska) miała duże powodzenie i konkurentów, nasza Maryńcia również. u p. Róży Raczyńskiej Maryńcia miała suknię różową z crepe de Chine, we włosach girlandę srebrnych liści od Ludwika i rzeczywiście uroczo wyglądała, tak miło było na nią patrzeć, to wszystko mija, ale niewinna radość dla matki! Cóż z tego...obawiałam się każdego nowego admiratora bo przeczuwałam, że mnie przypadnie niewdzięczna rola odesłania go z kwitkiem! Dziś, gdy sobie przypominam te zdarzenia, tych dziesięć czy więcej odpalonych i niedoszłych konkurentów, podróże, pobyty, przyjemności, ale także zawody w stosunku do świata i do ludzi, widzę, że był to łańcuch wydarzeń i doświadczeń, przez które Bóg przyciągał Maryńcię tam, gdzie znalazła swój cel i powołanie.

Na święta Wielkanocne obie panienki przyjechały do Zakopanego, był i tu jeden z tych admiratorów, był jednak tak dyskretny, że objawił swoją obecność i swoje uczucia jedynie obsypując kwiatami schody naszego mieszkania !.

1927 W jesieni Maryńcia pojechała na jakiś czas do Przeworska pod pretekstem nauczenia się fabrykacji serów. Stamtąd któregoś dnia w październiku pisała do nas z oznajmieniem zamiaru wstąpienia do klasztoru Niepokalanek! Dostałam ten list i czytałam go po drodze do kaplicy na różaniec i naturalnie byliśmy oboje z Pawłem bardzo wstrząśnięci tą nieoczekiwaną wiadomością. Maryńcia nigdy się nie wydawała szczególnie pobożną - raz jeden przy ołtarzu w Kodniu byłam uderzona jej wyrazem twarzy, tak niezwykle skupionym. Nigdy jednak nie zdradzała co ją wewnętrznie poruszało. Zdaje się, że od zjazdu dawnych uczennic w Jazłowcu myśl o powołaniu zakonnym jej się narzucała... i nawet ją zwalczała! Później nie było o czym gadać, postanowienie było tak silne.

X.Palewski, który z nią mówił, powiedział że ona się go tylko pytała czy to nie jest wybieranie łatwiejszej drogi.

Siedliska Herbst 1928. Maryńcia w ostatnich dniach października pojechała do Warszawy, gdzie p.Jaroszyńska malowała jej portret pastelami. Potem liczne pożegnalne wizyty (... u rodziny i przyjaciół...) Tak się zbliżyła chwila rozstania. Maryńcia z nikim żegnać się nie chciała, ale jednak służba, która ją bardzo lubiła, czegoś się domyślała, a ogrodnik Dacyna przyniósł jej w ostatniej chwili typowy grudniowy bukiet. Papa et moi nous avions la mort dans l'âme ! (i dalej po francusku) Poszliśmy we trójkę odmówić razem litanię do Matki Boskiej, a kiedy wsiadaliśmy do auta, przechodził tradycyjny św. Mikołaj z prezentami dla dzieci służby: to był 6 grudnia 1928. Zostawiając Ojca na peronie w Rawie Ruskiej w ten zimowy , zimny i ponury wieczór, Maryńcia popłakała się serdecznie. Dotąd nie pokazując nic po sobie, teraz to była ostatnia kropla w tym kielichu. We Lwowie, pomiędzy pociągami, zjadłyśmy kolację na Kopernika (dom Sapiehów). Andzia i Tercnia, ogromnie serdeczne, zrobiły Maryńci fotografię lampą magnezową, ona wypaliła ostatniego papierosa, choć bardzo rzadko paliła.

Rano w Buczaczu pejzaż w śniegu, minus 10 stopni, ale piękne słońce na naszą podróż. Przyjechałyśmy do Jazłowca o 10 rano, byłyśmy ogromnie zmęczone. Matka Wawrzyna Szaszkicwicz i liczne siostry były bardzo serdeczne. Następnego dnia, w dzień Niepokalanego Poczęcia, Matka włożyła Maryni mały czepek postulantki (i po polsku): Klamka zapadła!

Później, gdy nas rokrocznie zapraszano do Jazłowca na kilka dni, pokochaliśmy tę prześliczną, cudnie położoną miejscowość, tarasy schodzące aż do dna jaru zasadzone kwiatami i winem, na przeciw ściana pokryta młodym lasem.

Ogród z alejami starych drzew, pałac i potężne ruiny zamku. Wszystko to robiło wrażenie, a gdy wieczorem roje białych sióstr snuły się po alejach, błogi spokój zapanował w tej atmosferze modlitwy, pracy i wzajemnej miłości.

Matka Wawrzyna bardzo lubiła Pawła, przychodziła do naszego pokoju na długie seanse, opowiadała swoje przygody z wielkiej wojny, uchodząc przed bolszewikami ze Słonimia. Najmilsza staruszka, żywa, świątobliwa, przedstawiała najlepsze tradycje jazłowieckie.

Obłóczyny Maryńci w lipcu 1929 i Pierwsze Śluby w1930, niezapomniane uroczystości. Widząc Maryńcię tak swobodną, spokojną i kochaną w tym otoczeniu nie odczuwało się żalu, raczej dziękowaliśmy Bogu za jej powołanie, jej pogodę ducha i równowagę wewnętrzną."

I oby Ona teraz - dla nas wszystkich, które tu zostawiła - o tę pogodę ducha i równowagę wewnętrzną, a także inne cechy, które w niej wykształciło Zgromadzenie - orędowała...

(w nawiasach uzupełnienia autorki, pisownia oryginalna)
 

tekst z kwartalnika "Głos Koleżeński" KZJ (nr 27/28 Warszawa 1997 r.)