» Siostra Marta - rys biograficzny«

Oprac. s. Angela Zagrajek
Szymanów, sierpień 2005 r.

"Ja nic nie chcę! Wszystko mi dobre!
Chcę tylko woli Bożej."
/bł. M. M./
Słowa te były zapewne dewizą życia bł. s. Marty od Jezusa, która szukała woli Bożej i usilnie starała się pełnić ją w najdrobniejszym szczególe, nawet, jeśli po ludzku wydawało się, że przekracza to jej siły. Wzorem takiej postawy była dla niej z całą pewnością bł. Matka Marcelina Darowska. To wielkie zawierzenie doprowadziło ją do męczeństwa, które Jan Paweł II potwierdził, gdy 13 czerwca 1999 roku wśród 108 Męczenników II wojny światowej wyniósł ją wraz z s. Ewą Noiszewską do chwały ołtarzy. Życie błogosławionej było niemalże rozpięte między skrajnymi doświadczeniami. Doświadczyła bowiem wielkiego szczęścia i beztroski, ale także cierpienia, bólu i dojmującej samotności; dostatku graniczącego ze zbytkiem i głodu; obsypywana była łaskami nadzwyczajnymi, ale też doświadczyła oschłości i duchowego opuszczenia. A wszystko zaczęło się tak zwyczajnie.
Błogosławiona s. Marta od Jezusa /Kazimiera Wołowska/ urodziła się 12 października 1879 r. w Lublinie jako najmłodsze dziecko Józefa Wołowskiego i Marii z Buszczyńskich. W ziemiańsko - inteligenckiej rodzinie państwa Wołowskich przywiązywano ogromne znaczenie zarówno do rozwoju intelektualnego jak i do głębokiej formacji religijnej dzieci. To tu mała Kazia uczyła się kształtować swój charakter, co zaowocowało w późniejszym życiu otwartością na potrzebujących i to niezależnie od tego kim byli, poczuciem obowiązkowości i odwagą w podejmowaniu trudnych wyzwań, choćby po ludzku wydawały się nie do zrealizowania.
Dzieciństwo miała radosne, a nawet beztroskie. W notatce autobiograficznej z 1940 r. określa ten okres jako czas, kiedy była bardzo pieszczona. Niestety to, można by rzec, sielskie dzieciństwo nie miało trwać długo. W wieku 13 lat jest świadkiem długiej, ciężkiej choroby, a potem śmierci ukochanej matki. Doświadczenie to było tym boleśniejsze, że w jakiś sposób czuła się winna cierpień ukochanej osoby. W notatce autobiograficznej tak o tym pisała:
"Bólem mego dzieciństwa była ta ciężka choroba matki mej, spowodowana moim urodzeniem. Ciągle myślałam, że gdybym nie żyła, nie cierpiałaby tak strasznie przez lat 13. Zaufana panna służąca objaśniła mnie w tym z pewnym żalem do mnie."1
Tak oto cierpienie po raz pierwszy pojawi się w życiu błogosławionej, aby towarzyszyć jej już stale. Można powiedzieć, że stanie się jej nieodłącznym towarzyszem. Przy tej okazji pozna też, jak bardzo mogą ranić ludzkie słowa.
Śmierć matki rozpoczyna nowy okres w jej życiu. Od tej chwili szczególny wpływ na kształtowanie osobowości młodej Kazimiery miał ojciec i atmosfera domu o silnych tradycjach patriotycznych, który w tym czasie stał się ośrodkiem skupiającym lubelską inteligencję. Mimo, iż najmłodsza z rodzeństwa została dopuszczona do współodpowiedzialności za dom.
Kolejnym bolesnym doświadczeniem była ciężka choroba umysłowa a później śmierć Wincentego - jedynego brata. Oba wydarzenia zarówno śmierć matki w 1893 r. jak i śmierć brata w 1896r. w sposób znaczący zmieniły życie rodziny Wołowskich, bo naznaczyły je cierpieniem. Wydarzenia te stały się szczególnie dotkliwym ciosem dla ojca, który podupadł na zdrowiu i zmarł na atak serca w roku 1899. Jednak ostatnie trzy lata jego życia, to okres szczególnie bliskich relacji z dorastającą Kazią, która starała się mu pomóc przetrwać ten trudny czas, który przecież dla niej samej też nie był łatwy, bo obfitował w nowe doświadczenia. Był jednak z drugiej strony czasem bardzo intensywnego dojrzewania, bo życie hartowało. W konsekwencji stawała się coraz bardziej odpowiedzialna i silniejsza fizycznie. Czas ten miał być, jak się później okazało, pierwszym okresem przygotowania do zadań, które z woli Bożej miały przed nią stanąć.
Po raz pierwszy Bóg zakołatał do serca młodej wówczas, bo zaledwie 19 - letniej Kazimiery 1 listopada 1898 r., gdy w kościele ojców kapucynów w Lublinie zrozumiała, że to właśnie w zgromadzeniu niepokalanek wybrał jej Pan miejsce "na wewnętrzne przerobienie i śmierć sobie". To niewątpliwie mistyczne doświadczenie rozpoczyna ten szczególny kontakt późniejszej s. Marty z Matką Marceliną Darowską, która rozpocznie w ten sposób kształtowanie swej duchowej córki. W notatce autobiograficznej tak wspomina to szczególne doświadczenie:
"W czasie tej Mszy świętej zaszło coś, czego do dziś dnia wytłumaczyć sobie nie mogę. Modliłam się, dobrze mi było /.../ oddawałam się Panu Jezusowi na wszystko. W tem w duszy stanęła mi Mateczka /M. Marcelina/ z jakąś drugą, bardzo jej bliską duszą; potem zrozumiałam, że to była s. Paula. Stanęło mi Zgromadzenie nasze jako wolą Bożą mi przeznaczone i jednocześnie główne zasady i cechy Zgromadzenia. Od tej Mszy św. znam Mateczkę i znam ducha Zgromadzenia."2
Jak silne musiało być to przeżycie może świadczyć fakt, że nie uszło ono uwagi otoczenia, bo jak zapisała po latach zwróciła na to uwagę jej siostra Adzia, kiedy obie wracały z kościoła. Wszystko, co przeżyła zachowała na razie głęboko w swoim sercu. Zapewne także dlatego, że jej natura wszystkimi siłami broniła się przed życiem zakonnym. Wychowana w zamożnym domu pokochała to światowe życie, pragnęła życia rodzinnego, a uczucia skłaniały ją ku, jak sama wspominała, człowiekowi bardzo wartościowemu.
W czasie wspomnianej Mszy św. Objawione jej zostały także inne wydarzenia z jej życia, bo jak zapisała:
"Pokazał mi Pan Jezus całe moje życie - jakbym je wtedy przeżyła. Pokazał mi Pan Jezus bliską śmierć mego ukochanego ojca, a także parę zewnętrznych zdarzeń, które się co do joty sprawdziły."3
To doświadczenie mistyczne, w którym pozna swoje przyszłe losy, powtórzy się w życiu błogosławionej, gdy będzie już zakonnicą. Czy w którymś z nich pojawi się także zapowiedź męczeńskiej śmierci, pozostanie dla nas tajemnicą, ale sądząc zwłaszcza z późniejszych zapisów można przypuszczać, że w jakiejś formie taka zapowiedź się pojawiła. To, co przeżyła, rozpętało burzę w jej duszy, którą przeżywała samotnie, bo nikogo w swoje przeżycia wtajemniczać nie chciała. Rok 1899 był szczególnie dla niej trudny, a zarazem przełomowy. Odwiedza Jazłowiec, gdy wraca ze swoją bratową z Marienbadu i jak sama zapisała miała wrażenie, że "wszystkie diabły z całej Małopolski na nią napadły", z drugiej jednak strony powróciły przeżycia z 1 listopada i wprowadzały "jakąś jasność do duszy". Po powrocie do domu rzuca się w wir życia towarzyskiego, które zostanie przerwane przez krótką, ale ciężką chorobę ojca i wreszcie jego śmierć. Po tych bolesnych doświadczeniach postanawia, że "dłużej opierać się nie będzie". Zanim jednak stanęła w Jazłowcu, by rozpocząć życie zakonne musiała stoczyć jeszcze jedną walkę, której przyczyną byli także nieprzychylnie nastawieni do zgromadzenia duchowni, ale tu już zwyciężyła łaska Boża. Na polecenie jednego z jezuitów pod kierunkiem, którego odprawiała rekolekcje przed wstąpieniem, napisała wprawdzie list do Matki Marceliny Darowskiej z prośbą o odpowiedź na główne zarzuty. Pokorna odpowiedź, jaką otrzymała, tylko utwierdziła w niej decyzję wstąpienia do zgromadzenia.
Po raz pierwszy bezpośrednio spotkała się z bł. Marceliną w wigilię Zielonych Świąt 1900 roku w Jazłowcu, ale jak sama zapisała, miała wrażenie, że dobrze ją zna. Do zgromadzenia ostatecznie wstąpiła 4 listopada 1900 roku. Niestety nie był to koniec wewnętrznych walk i rozterek. W postulacie były one tak silne, że jeszcze po latach pisała o tym w sposób bardzo obrazowy:
"Ciężki miałam postulat /Zgromadzenie wydawało mi się dziełem ludzkim nie Bożym/ wszystkie diabły rozrywały mą duszę - zostałam jedynie na słowo Matki /.../ Możesz jechać - furta otwarta - a ja Mateczce na to, że jej najcałkowiciej ufam i polegam na jej zdaniu, jeżeli myśli, że mam powołanie, to choćbym miała piekło w duszy - zostanę. A Matka na to: Od pierwszej chwili, gdym cię zobaczyła, ani chwili nie wątpię, że masz powołanie do nas."4
Została i wkrótce przyjęła imię s. Marty od Jezusa, ale zmagania z wymaganiami Bożymi, które nieraz wydawały się przerastać siły i własnym bardzo dynamicznym temperamentem będą jej towarzyszyć do końca życia. Wszystko chciała zrobić, wszystkiemu zaradzić, każdemu pomóc, a ponieważ nie było to możliwe, bo jak zapowiedział jej to Pan Jezus często nie znajdywała zrozumienia w otoczeniu, a czasem brakowało sił zwłaszcza już w późniejszym latach, gdy pojawiła się choroba serca. S. Gabriela od Woli Bożej /Nowosielecka/ pisała żartobliwie: "S. Marta lubi pośpiech i bywa, że ma pretensje, że coś nie zostało wykonane wczoraj, chociaż ona pomyślała dzisiaj". To, że nie będzie łatwo miała zapowiedziane w momencie powołania, bo przecież klasztor miał stać się dla niej miejscem wewnętrznego przerobienia i "śmierci sobie".
Już pierwsze lata życia zakonnego nie były łatwe, bo Pan Bóg udziela swych szczególnych łask rzadko, a pozwala doświadczać wielu walk wewnętrznych. Był to czas, jak się później okazało zbawienny, czas przygotowania do zadań, które niebawem miały przed nią stanąć. Osobowość s. Marty kształtowała się głównie pod wpływem założycielki - bł. Marceliny Darowskiej, najpierw w sposób duchowy we wspomnianym już doświadczeniu z 1 listopada 1898 r., potem bezpośrednio w pierwszych latach formacji, następnie przez korespondencję, a po śmierci przez wewnętrzny duchowy kontakt. Stąd, a także z mistycznego zjednoczenia z Bogiem, przychodziło wsparcie w chwilach trudnych, gdy brakło sił, a do serca chwilowo zakradało się zwątpienie.
Bezpośrednio po złożeniu profesji wieczystej młodziutka s. Marta stawiana jest czasem wobec zadań trudnych nawet dla starszych od niej osób. Przez 10 lat pełniła rolę asystentki w różnych domach zgromadzenia. Sama pisała w liście do jednej z sióstr, że nauczyła się wtedy: "co to nie czerpać z pełności serca i duszy, ale z pustki własnej - ufając ślepo Panu...". Wewnętrznie przeczuwała, że Bóg wzywa zgromadzenie i ją w sposób szczególny do działalności misyjnej. Można więc rzec, że był to kolejny etap w przygotowaniu s. Marty do zadań, które wkrótce miały nastąpić. Wyjątkowo bogate w łaski nadzwyczajne były lata 1917 - 1918. Jest to czas, w którym szczególnie objawiają się owe kontrasty, o których była już mowa. Z jednej bowiem strony zadanie ma bardzo trudne jako asystentka s. Aleksandry w domu jarosławskim. Ze względu na trwającą wojnę ukraińską kontakt z Jazłowcem był ograniczony, w domu panował głód, a przełożona dosyć bezradna, jak określa s. Aleksandrę po latach w liście poufnym do s. Gertrudy Skórzewskiej. Z drugiej strony to czas, kiedy Pan Jezus niemalże zalewa swoją służebnicę taką ilością łask, że jak sama pisze nieraz błaga Go, by jej tyle nie dawał, bo boi się, żeby coś na zewnątrz się nie okazało. Z jednego z takich doświadczeń zdaje relację s. Gertrudzie we wspomnianym już liście:
"Raz, ale to był chyba jakiś cud, zobaczyłam na swoim sercu, wspartą głowę Chrystusa bardzo zbolałą w cierniowej koronie. Co wtedy było między nami... tego nie potrafię powiedzieć nawet Siostrze Jedynej, przed którą nie tylko nie mam tajemnic, ale wszystko mi z Nią wspólne, to zrozumiemy dopiero w niebie."5
Działanie łaski jest w owym czasie tak intensywne, że s. Marta nie tylko boi się, żeby nikt nie zauważył tego, co się z nią dzieje, ale także nie bardzo rozumie, dlaczego nagle doświadcza takiej obfitości. Pan Jezus odpowiada krótko: "później nie będzie czasu". Co znaczą te słowa i jak bardzo będą prawdziwe, dowie się już wkrótce. Trudność czekających ją zadań może tylko przeczuwać, gdy Pan stawia jej pytanie, czy się nie lęka tego, że w pracy, która ją czeka, będzie sama, niezrozumiana przez zgromadzenie. Niesiona łaską Bożą, jak zapewnia s. Gertrudę, oddaje się na wszystko.
W 1917 roku, ale jeszcze przed wyjazdem do Jarosławia, w Nowym Sączu miało miejsce jeszcze jedno znaczące doświadczenie. Następuje duchowe spotkanie z bł. Marceliną Darowską. Spotkanie, które jest nagrodą za szczególny akt posłuszeństwa, ale także ważne z tego powodu, że usłyszy wezwanie: "Daj się Panu Jezusowi obracać sobą - jak Mu się podoba".
Boże wezwanie do pracy misyjnej na kresach wschodnich zaczęło się realizować poprzez księżną Marię Lubomirską, która w maju 1919 roku zwróciła się do sióstr z prośbą o zorganizowanie sierocińca dla sierot wojennych na Wołyniu. Był to trudny czas wojny polsko - ukraińskiej, ale s. Filomena - przełożona generalna zgromadzenia, mimo trwających jeszcze działań wojennych, podjęła decyzję objęcia proponowanej pracy i powierzyła organizację domu dla sierot wojennych na Wołyniu s. Marcie. Od tej decyzji rozpoczął się najtrudniejszy etap działalności błogosławionej.
14 czerwca 1919r. wyruszyła do nowych zadań bez żadnych wskazówek lecz z mottem przewodnim, jakim były słowa Matki Marceliny: "Trzeba tylko zacząć". Sama tak wspomina te początki:
"W każdej okoliczności brzmiały mi słowa Mateczki wyrzeczone kiedyś we śnie do s. Aleksandry: Trzeba tylko zacząć. - To były słowa nie tylko dla nas, ale dla całych kresów. Trzeba było tylko zacząć, wszystko od fundamentów, w tym zdziczałym kraju, zacząć od zapalenia lampki w kościele kowelskim, bo ludzie zapomnieli widocznie o tym zwyczaju. Zacząć od podstaw elementarnych cywilizacji chrześcijańskiej, zacząć od zaorania dziesięcin ziemi zarosłej burzanami na wysokość człowieka."6
Trzeba było, tylko albo aż, zacząć na tych obszarach, które s. Marta nazywa "zdziczałym krajem". Nie ma w tym przesady, bo są to tereny wyniszczone krwawymi walkami i konfliktami narodowościowo - religijnymi. S. Marta jest przekonana, że to sama Matka Marcelina posyła je do tego ludu, który przecież tak bardzo ukochała. Potwierdzeniem tego może być fakt, że, gdy ogląda w lipcu 1919 r. Maciejów i zastanawia się, co by powiedziała Mateczka, gdyby się osiedliły w starej siedzibie i własności popów, ma widzenie bł. Matki Marceliny, która zapewnia, "że oni /popi/ już tu nie wrócą". Można powiedzieć, że najpierw w Kowlu, a potem w Maciejowie dokonują się rzeczy niemożliwe. Na początku niepokalanki objęły opieką około 50 sierot wojennych zebranych dosłownie z pól i lasów. Potem ta liczba znacznie się powiększyła. Nic dziwnego, że ludzie patrzą z podziwem na pracę sióstr. S. Marta notuje:
"Ludzie dziwią się, jakim sposobem bez grosza własnego, z tak bardzo małą zapomogą zakład stanął: 170 dzieci wychowuje się stale. Parę sióstr z poświęceniem pracuje i daje radę. Podziwiają naszą energię, a tymczasem nie wiedzą, że sprawa jest Boża, kieruje nią Matka Marcelina z nieba, my zaś codziennie robimy tylko to, co okoliczności za konieczne wykazują i podziwiamy cuda Boże."7
Słowa te świadczą o głębokiej wierze, która pozwala iść ślepo przed siebie, ufając, że jest to wolą Bożą. Pole pracy jest ogromne, bo jak pisze s. Marta w sprawozdaniu na Kapitułę 1922 r. dom jest wręcz oblężony nie tylko przez sieroty wojenne, ale także przez repatriantów wracających z Rosji, a ich stan określa jako rozpaczliwy. Ogromną pomocą dla sióstr jest w tym czasie działalność amerykańskiej misji Czerwonego Krzyża, która przychodzi ze znaczącą pomocą materialną. Przychylnie do działalności zgromadzenia odnoszą się też organizujące się władze polskie, które doceniają rzetelną pracę i umiejętności w pracy z dziećmi. Dlatego też Rada Opiekuńcza przysyła nauczycielki z Warszawy, aby nauczyły się, jak postępować z dziećmi tak głęboko zranionymi przez wydarzenia wojenne. Nie brakowało jednak też trudności, bo nie wszyscy byli zachwyceni tym, co działo się w Kowlu, a potem w Maciejowie. Trudności pojawiały się szczególnie ze strony socjalistów, którzy przede wszystkim utrudniali uzyskanie pozwolenia na objęcie byłej siedziby popów na zakład, mimo że budynek stał pusty i niszczał. Pomoc przyszła z dwóch stron: po pierwsze była to życzliwość ks. bp. Ignacego Dubowskiego, który publicznie powitał siostry po swoim powrocie z niewoli bolszewickiej, a potem próbował interweniować u władz w sprawie Maciejowa. Skuteczniejsza okazała się jednak pomoc władz amerykańskiego Czerwonego Krzyża, których pełne oburzenia listy sprawiły, że pozwolenie na objęcie domu przyszło w kilka dni.
Siostra Marta sprawiła, że dom w Maciejowie stał się ostoją dla rzesz biedaków szukających tam wsparcia ekonomicznego oraz dla młodzieży zwracającej się o pomoc w sprawie wyboru drogi życiowej. Przychodzili nawet popi i rabini proszący o radę w sprawie edukacji i małżeństwa dzieci, a także młodzi kapłani przekradający się przez granicę. S. Marta, choć zmęczona borykaniem się z różnymi problemami domu, zawsze znajdowała czas, gdy tylko ktoś potrzebował pomocy. Doceniał tę działalność ks. bp. Adolf Szelążek, który przyjeżdżał do Maciejowa, by zasięgnąć opinii s. Marty w sprawach diecezji. W 1926 r. władze świeckie przyznały siostrze Marcie Złoty Krzyż Zasługi za wybitną pracę oświatową i opiekuńczą na Kresach. Można powiedzieć, że na każdym kroku spełniały się słowa Pana Jezusa, które usłyszała w okresie szczególnych łask: "Przez wszystko cię przeprowadzę i wszystko sam za ciebie zrobię".
Pierwszy okres przełożeństwa s. Marty w Maciejowie /1919 - 1928/ z jednej strony bardzo owocny, bo udało się wiele osiągnąć i praca przynosiła efekty. Z drugiej jednak strony nie pozbawiony momentów trudnych. Już kilka miesięcy po rozpoczęciu pracy w Maciejowie siostry wraz z dziećmi muszą opuścić placówkę i udać się do Szymanowa, bo rozpoczęła się wojna polsko - bolszewicka i pozostawanie na Wołyniu było zbyt niebezpieczne. S. Marcela od Ducha Świętego tak wspomina ten moment:
"Był to rok 1920. Do Szymanowa zjechał ewakuowany Maciejów: kilka sióstr i tłumik małych dzieci krótko przystrzyżonych w popielatych sukienkach. Dzieci były sierotami z kresów, mówiły z ruska, były biedne /.../ S. Marta miała wymięty habit, zabłocone trzewiki, zmęczoną wymizerowaną twarz, a dzieci garnęły się do niej jakby była matką rodzoną. /.../ Kochała je najwidoczniej."8
Trzeba pamiętać, że jest to czas, gdy s. Marta krąży między Szymanowem a Warszawą, aby odzyskać utracony Maciejów. Boleśnie przeżywa też fakt, że to, co zostało z takim trudem zbudowane w ciągu kilku miesięcy, teraz jest bezmyślnie niszczone. Mimo tych niełatwych doświadczeń, kiedy spotyka się ze swymi podopiecznymi, jest cała dla nich i jak wspomina s. Marcela: "Interesuje się każdym szczegółem ich zajęć, zdrowia a nawet zabaw".
Starania podejmowane przez s. Martę w Warszawie przynoszą oczekiwane rezultaty i późną jesienią siostry wraz z dziećmi wracają do Maciejowa. 4 listopada 1920 roku następuje powtórne poświęcenie sprofanowanej kaplicy, a 15 listopada rozpoczynają się lekcje.
W miarę upływu czasu pojawiają się nowe problemy, s. Marta jest przytłoczona sprawami urzędowymi, administracją domu, koniecznością zaradzenia wszystkim biedom i niedostatkom, z którymi garną się do niej biedacy. Nic dziwnego, że jest przeciążona pracą ponad siły. Dodatkowym ciężarem jest uczucie ogromnego osamotnienia. Boleśnie odczuwa fakt kompletnego niezrozumienia problemów, z którymi się boryka, ze strony przede wszystkim Matki Wawrzyny - przełożonej generalnej od 1922 r. Siostra Marta przyjmuje to jako realizację zapowiedzianego jej przez Pana Jezusa okresu niezrozumienia w pracy misyjnej, wychowawczej i nauczycielskiej. Ma przecież świadomość, że wówczas oddała się Panu na wszystko, choć ją te słowa przestraszyły, jak zapewniała w liście poufnym do s. Gertrudy. W 1926 r. na polecenie ks. bp. A. Szelążka s. Marta podejmuje kolejne zadanie, jakim jest kształcenie katechetek. Sama przygotowuje program kursu i dba o jego poziom. Konsekwencje tak wytężonej pracy nie każą na siebie długo czekać. W 1926 r. pojawia się pierwsze poważne załamanie stanu zdrowia s. Marty. Jej dynamiczna natura szybko go jednak przezwycięża i wraca do normalnej pracy.
W 1928 roku na sześć lat opuści Maciejów, aby objąć przełożeństwo w kolejnych placówkach zgromadzenia: w Nowym Sączu, Wirowie i Jarosławiu, a w 1934 r. powróci znów do Maciejowa. Z tego okresu zapewne najtrudniejszą placówką był Wirów /1929 - 1932/. Sama stwierdza w liście do Matki Zenony z 16. 07. 1933 r.: "W Wirowie bardzo, bardzo wyraźnie wiedziałam, że Pan Jezus żąda ode mnie ekspijacji i wiem, że się dokonała". Na tej placówce musiała zmagać się z wieloma trudnościami, które dotyczyły zarówno relacji z władzami oświatowymi, kościelnymi, ale także niestety z siostrami nie zawsze rozumiejącymi w sposób właściwy swoją rolę zarówno we wspólnocie, jak i w ogóle w zgromadzeniu i Kościele. Siostra Marta cierpiała bardzo, o czym mogą świadczyć słowa: "O Boże! Tylko dzięki temu, że co dzień wieczór, gdy wszyscy spali, leżałam krzyżem przed ołtarzem, przetrzymałam jako tako..."9.
Nic więc dziwnego, że intensywna praca ostatnich kilkunastu lat, a szczególnie ostatnie trzy lata w Wirowie nadszarpnęły poważnie siły fizyczne. W 1932 r. udaje się wprawdzie na kolejną placówkę i obejmuje przełożeństwo w Jarosławiu, ale trwa to krótko, bo ujawnia się poważna choroba serca. Na polecenie matki Zenony zostają wykonane szczegółowe badania, które ukazują, że siostra od dawna cierpi na poważną anginę pectoris. W maju s. Cecylia od Ducha Świętego tak opisuje jej stan zdrowia:
"S. Marta wygląda bardzo marnie... Chodzi z laską powoli. W sercu lepiej nie jest, bo to, co choroba zrobiła, nie odrobi się. Jedynie postęp zatrzymać można."10
W tej sytuacji Matka Zenona zwalnia ją z przełożeństwa i zaleca kurację oraz roczny odpoczynek. Decyzję tę przyjmuje s. Marta z wdzięcznością i pokornie się jej poddaje. Niejednokrotnie w listach do przełożonej generalnej podkreśla, że, o ile Bóg pozwoli, chciałaby jeszcze być przydatną w zgromadzeniu. Wierzy, że z łaską Bożą powróci do pracy i podoła kolejnym obowiązkom.
W kwietniu 1934 r. obejmuje po raz drugi przełożeństwo w swoim ukochanym Maciejowie i oddaje się gorliwej pracy tak jak poprzednio. Pozostanie w tym domu do 1939 r., kiedy powierzone jej zostanie przełożeństwo w Słonimie. Szczególną troską obejmuje w tym czasie pracę wychowawczą i katechetyczną i ze zdwojoną energią poświęca się okolicznej ludności, która zawsze może znaleźć w klasztorze pomoc i wsparcie tak materialne jak i moralne. Wiele czasu poświęca też siostrom II chóru. W tym okresie krystalizują się poglądy s. Marty na temat wychowania. Na wyraźne polecenie matki Zenony przedstawia je w liście z 7. 04. 1937 r. Kończy ów list błaganiem, aby matka przedstawiła sprawę Wołynia na zebraniu międzyzakonnym. Napisała wówczas:
"Błagam Matkę już nie jako podwładna, ale jako Polka, kiedy Matka będzie przewodzić temu dostojnemu gronu - to proszę, błagam użyć wszelkich możliwości, by tu na Wołyń zechciały przybyć zakonnice wychowujące i katechizujące. Trudno sobie wyobrazić jaka tu jest potrzeba tego. /.../ Zgromadzenia pchają się na Wileńszczyznę względnie Pańszczyznę! A Wołyń pozostawiony na łup wpływów komunistów i Ukraińców!! Wiadomo, że tu trudno... bo i z władzami trudniej i z duchowieństwem. /.../ Polska znów żałować będzie, daj Boże nie za późno, że nie wytężyła wszystkich sił dla ratowania tych stron!"11
Żarliwość tego wołania świadczy o ogromnym zaangażowaniu misyjnym oraz o poczuciu odpowiedzialności za powierzone jej z woli Bożej dzieło.
W związku z rozszerzającą się laicyzacją wschodnich ziem II Rzeczypospolitej, gdzie silnie oddziaływała propaganda bolszewicka, pojawił się pomysł objęcia tych terenów siatką małych domów misyjnych zgromadzenia, których zadaniem miało być szerzenie wiedzy religijnej i bronienie ludności przede wszystkim wiejskiej przed zgubnymi wpływami bolszewików. Głównym pomysłodawcą i inicjatorem był abp. Romuald Jałbrzykowski. Domy te ze względu na zadania, które spełniały zostały później nazwane przez niego i społeczeństwo "białym KOP - em". Matka Zenona od Zbawiciela już w pierwszym roku swojego przełożeństwa zdecydowała, że zgromadzenie podejmie taką działalność na wileńszczyźnie. Powstają na tamtych terenach cztery domy: Ilia /1933 r./, Głębokie / 1934 r./, Wiszniew /1934 r./ i Wołożyn /1935 r./. Rozpoczęcie realizacji tego zadania na ziemi wołyńskiej zlecono s. Marcie, która przecież z taką troską myślała o tych najbardziej bezbronnych mieszkańcach kresów, czyli o prostym ludzie. I tak pod jej kierunkiem powstały małe domki w Hołobach /1937 r./ i Chełmie /1939 r./. Działalność ta została przerwana lub ograniczona wybuchem II wojny światowej.
23 sierpnia 1939 r. obejmuje siostra Marta ostatnie swoje przełożeństwo w Słonimie i jednocześnie wkracza w ostatni etap swojego życia. Tak jak w Wirowie przeczuwała, że Pan Bóg wymaga od niej ekspijacji, tak równie silnie powracało w jej myślach bezpośrednio lub tylko jako niejasne przeczucie wymaganie męczeństwa. Dwukrotnie w czasie mistycznego zjednoczenia z Panem Jezusem zaznacza, że pokazał jej całe życie. Nie wspomina przy okazji relacji z tych doświadczeń o wizji męczeńskiej śmierci, ale stwierdzenie "całe życie" pozwala przypuszczać, że także jego kres. Często też właśnie w związku z tymi doświadczeniami s. Marta podkreśla, że jest gotowa na wszystko dla Pana Jezusa. Wszystko to słowo bardzo pojemne.
Ta szczególna atmosfera związana z gotowością na męczeństwo, jaka towarzyszy całemu zakonnemu życiu s. Marty, nie uchodzi uwagi s. Zofii12, która czasie swojego pobytu w Maciejowie już w roku 1928 napisała w liście do s. Gertrudy:
"Tkwi też tu idea męczeństwa i gotowość na nie, poczucie jakby ono nie było niemożliwe i dalekie. Tak i mnie Pan Jezus nie pierwszy już raz porwał tu do ofiarowania się, jeśli chcę na nie."13
Ta idea męczeństwa tkwić musiała głęboko skoro w 1933 r. w poważnej rozmowie z s. Cecylią mówi już wprost: "Cecylko, my musimy być gotowe na męczeństwo". Czy przeczuwała obejmując przełożeństwo w Słonimie, że już wkrótce, to, co do tej pory było przeczuciem, stanie się straszną rzeczywistością? Nie wiemy, ale sytuacja w Słonimie po wybuchu wojny jest wyjątkowo trudna.
Kilka zaledwie dni po objęciu przez s.Martę przełożeństwa wybucha II wojna światowa, 17 września następuje zajęcie miasta przez Armię Czerwoną, która z rozkazu Stalina bez wypowiedzenia wojny wkracza na tereny II Rzeczypospolitej. Siostry musiały opuścić klasztor i żyć w rozproszeniu. Wszystkie decyzje musi s. Marta podejmować sama, bo porozumienie z matką Zenoną, na skutek działań wojennych jest niemożliwe w takim stopniu, jakby tego wymagały warunki. W jednym z niewielu listów, które dotarły do celu pisała:

"Matko najdroższa! /.../ Co dzień i co godzinę jest ciężej i trudniej i komplikuje się wszystko!

Jeden Pan Bóg nad nami i święta Jego Wola dla każdej duszy... a najgorsza straszna odpowiedzialność za tyle Sióstr! Żal tyloletniego dorobku, kultury wieków, no i wszystkiego.
Błagam, by ktoś się przedostał z jakimiś choć wskazówkami, co robić z siostrami?"14
To dramatyczne wołanie ukazuje, jak trudna była sytuacja sióstr. Nic więc dziwnego, że kończy ten list przejmującym wołaniem: "Błagam o wyciągnięcie nas stąd!". Siostry, jak to już zostało powiedziane, musiały bowiem opuścić klasztor i żyć w rozproszeniu. Uniemożliwiono im też pracę w pobliskim szpitalu. W związku z tym siostra Marta usiłowała utrzymać stały kontakt z nimi i dla wszystkich szukać środków utrzymania. Sama z kilkoma siostrami podjęła pracę w ogrodach miejskich i przy kopaniu kartofli. Mimo trudnej sytuacji dostrzegała potrzeby innych nieszczęśliwych, głodujących, więzionych. W tych trudach i staraniach wiernie towarzyszyła jej cicha pomoc s. Ewy Noiszewskiej. Sytuacja jest tym trudniejsza, że, jak zaznacza s. Marta w cytowanym już liście z 17. 10. 1939 r., nie można poza wyjątkami liczyć na pomoc ze strony mieszkańców miasteczka, bo bardzo widoczny jest brak odwagi cywilnej. Trudno może się temu dziwić, bo działania władz sowieckich siały strach zwłaszcza wśród ludności polskiej. Jest to okres masowych wywózek na Sybir całych rodzin, częste aresztowania i inne szykany stosowane w sposób przemyślany i wyjątkowo uciążliwy. Nic więc dziwnego, że s. Marta rzuca się w wir niesienia pomocy, zaradzania każdej biedzie i dokonuje rzeczy niezwykłych, jak wspomina s. Angela Łubieńska: "...organizowała kartki na chleb, zupy gorące, mleko dla dzieci, koce i odzież dla odjeżdżających w nieznane. Choć siostry tego nie wiedziały, niejednemu wynalazła bezpieczne ukrycie lub ułatwiła ucieczkę". Trzeba sobie uświadomić, że w tym samym czasie, gdy s. Marta niesie tak wszechstronną pomoc potrzebującym, sama wraz z siostrami cierpi dojmujący głód, chłód i wycieńczenie. Choć to miasteczko wydaje jej się jak więzienie i błagała przecież matkę Zenonę o odwołanie z posterunku, to jednak, gdy taka decyzja nie przychodzi, zapomina o sobie i zachęca także siostry, by wszystkie upokorzenia przyjmowały w duchu ekspijacji za winy narodu.
Wkroczenie Niemców do Słonima 28 czerwca 1941 r. po wybuchu wojny niemiecko - sowieckiej zarówno siostry, jak i ludność miasteczka odczuwają jako zdecydowaną ulgę i poprawę warunków życia. Było to zapewne związane z tym, że Niemcy wkraczali jako wyzwoliciele i tak chcieli być postrzegani, a poza tym wojska Wermachtu nie odznaczały się na ogół takim okrucieństwem jak inne formacje faszystowskie. Siostry mogły znowu mieszkać razem i wróciły do pracy w szpitalu, w którym Niemcy zorganizowali chwilowo szpital wojskowy. W liście do matki Zenony 25 lipca 1941 r. s. Marta napisała:
"Przede wszystkim wszystkie żyjemy i żadna ranną nie jest w czym opieka najszczególniejsza Opatrzności i Pani Naszej /Jazłowieckiej/! A byłyśmy tu w ogniu niemałym wśród parodniowej bitwy o Słonim. /.../ W godzinę po ucieczce władz bolszewickich z kilkoma siostrami byłam już w klasztorze, mimo silnego bombardowania. Objęłyśmy zaraz różne czynności w szpitalu, tak że, gdy Niemcy około 9 - tej rano weszli, myśmy już były u siebie. /.../ stosunki nasze z nimi wyborne."
Te pierwsze złudne wrażenia, że nowy okupant będzie miał ludzkie oblicze, szybko rozwiały się jak sen. W miarę upływu czasu zaczyna bowiem narastać terror, a okrucieństwo władz okupacyjnych niemieckich w niczym nie ustępuje okrucieństwu sowieckiemu. Wprawdzie jeszcze w październiku 1941 r. siostra Marta uzyskuje pozwolenie na wyjazd do Warszawy i Szymanowa w celu skontaktowania się z matką generalną, ale zdecydowanie była to ostatnia chwila, by takie pozwolenie otrzymać. Był to dla s. Marty czas błogosławiony, bo odetchnęła w spokojnej atmosferze Szymanowa, otoczona miłością sióstr. To wszystko było tak inne od koszmarów, które przeżyła z siostrami w Słonimie. S. Angela Łubieńska wspomina, że: "Początkowo, przyjechawszy do Warszawy i nawet do Szymanowa /.../ zdumiona była i zaskoczona, że tu ludzie żyją tak normalnie, pracują, uczą dzieci. Mają mnóstwo szykan i trudności, ale wierzą, że Polska przetrwa." Siostra Marta przedstawiła, jak siostry w Słonimie żyją w ciągłym niebezpieczeństwie, bo przecież sama widziała rozkaz wywiezienia ich na Sybir. Opatrzność Boża je przed tym uchroniła, ale teraz pod nową okupacją znowu grożą kolejne niebezpieczeństwa. Wyjechała pokrzepiona i umocniona na duchu i wyruszyła ku ostatecznemu spełnieniu, jakim miało stać się męczeństwo.
Po powrocie do Słonima s. Marta podjęła swoją działalność zmierzającą do niesienia pomocy wszystkim potrzebującym, nie zwracając uwagi na niebezpieczeństwo, przed którym wielokrotnie ostrzegali ją przyjaciele klasztoru. Dla niej liczył się tylko człowiek potrzebujący pomocy, ona i jej bezpieczeństwo było nieważne. S. Marta obejmuje regularną, na ile to możliwe pomocą: zarówno żołnierzy partyzantki akowskiej, a także ludność żydowską, bo już pod koniec 1941 r. rozpoczyna się eksterminacja członków tego narodu. Działalność s. Marty tak wspomina s. Angela Łubieńska:
"Czuwając po nocach, gdy usłyszała prawie niedostrzegalny ruch koło domu, szła cichuteńko otwierać drzwi domu, bo wiedziała, że to AK - ludzie z lasu - przyszli po chleb, który im przygotowała. Obok niej siostra Ewa Noiszewska, nasz lekarz, podawała lekarstwa, maści, środki opatrunkowe. To wszystko było narażaniem się, a siostrom wydawało się prostym obowiązkiem. Pomagał Bóg i pomagali dobrzy ludzie."
Jak we wspomnieniach s. Angeli, tak i w opisie ostatniego etapu życia i działalności s. Marty w Słonimie, nie sposób oddzielić jej losów od losów i działalności s. Ewy Noiszewskiej, przede wszystkim dlatego że połączyło je męczeństwo na Górze Pietralewickiej. Obie siostry współdziałają ze sobą w niesieniu pomocy najbardziej potrzebującym w tym także Żydom ze Słonimskiego getta i obie zdają sobie sprawę, na jakie niebezpieczeństwo się narażają.
29 czerwca 1942 r. Niemcy rozpoczęli likwidację getta słonimskiego. Mieszkało w nim około 20 000 osób. Siostry nie mogły wobec tego bestialstwa pozostać obojętne. Przyjęły pod swój dach grupę Żydów, którym udało się uciec z tego prawdziwego piekła. S. Szczęsława w swoich wspomnieniach zanotowała, że ukrywali się, gdzie się dało: na strychu, w stajni, nad oranżerią. Siostra Marta doskonale zdawała sobie sprawę, że za wszystkie formy działalności, jaką prowadzą, ale szczególnie za pomoc i ukrywanie Żydów grozi jej śmierć. Dr Stefan Rozwadowski, który był ministrantem w kościele sióstr niepokalanek w Słonimie wspomina: "Pamiętam młodą Żydówkę, którą siostry ukrywały w klasztorze". Wielokrotnie do klasztoru napływały w związku z tym ostrzeżenia, że działalność sióstr zauważyli także Niemcy i są śledzone przez gestapo. Nic więc dziwnego, że 8 września 1942 r. s. Marta została wezwana na przesłuchanie i wyraźnie usłyszała groźby pod adresem swoim i klasztoru. Nie mogło to jednak przestraszyć tej gotowej na wszystko zakonnicy, która przecież wiedziała, że musi być gotowa na męczeństwo. Przeczuwała je, o czym świadczą świadectwa tych, którzy mogli ją w tych ostatnich miesiącach obserwować. S. Szczęsława od Dobrego Pasterza tak wspomina ostatnie dni przed aresztowaniem:
"Siostra Marta wyraźnie przeczuwała, co ją czeka. Nieraz mówiła o bliskiej śmierci. /.../ Po spowiedzi kwartalnej 16 grudnia dziwnie była rozmodlona. /.../ Zastanawiała się, czy rozstrzelanie przez Niemców można uważać za męczeństwo? Ostatniego dnia przed rozstrzelaniem klęczałam blisko niej przed Komunią św. Widziałam jej niezwykłe rozmodlenie /.../ Była znieruchomiała i zasłuchana."15
To niezwykłe rozmodlenie i zasłuchanie, o którym pisze s. Szczęsława, być może kryje tajemnicę spotkania wiernej służebnicy z jej Mistrzem i Panem, który sam przygotowywał ją na tę ostatnią, najtrudniejszą drogę wędrowania aż na golgotę.
Gestapowcy przyszli do klasztoru 18 grudnia 1942 r. około godziny 23:00 prawdopodobnie z zamiarem aresztowania s. Marty, ale dołączyła do niej dobrowolnie s. Ewa Noiszewska, która nie chciała puścić przełożonej samej. Okazało się, że i ona również była na liście poszukiwanych. Wszystkich aresztowanych tej nocy zgromadzono na dziedzińcu więziennym. Siostry od pierwszej chwili uspokajają przerażonych ludzi, podejmują wspólną modlitwę i zachęcają do godnego przyjęcia męczeńskiej śmierci. Około godziny 2 żandarmi niemieccy przeprowadzili kontrolę i domagali się oddania wszystkich cennych przedmiotów. Siostra Marta prosiła, aby pozwolono jej zatrzymać Krzyż - żandarm wyrwał go z jej ręki, rzucił na ziemię, a siostrę skopał. Podniosła Krzyż z ziemi i ucałowała ze słowami: "Jezu to dla Ciebie za naszą biedną Polskę". Ten gest ucałowania sponiewieranego Krzyża był jakby swoistym potwierdzeniem jej gotowości na wszystko, nawet na męczeńską śmierci.
Następnego dnia o 5 rano aresztowanych załadowano na samochody ciężarowe i zawieziono na Górę Pietralewicką położoną 2 km od Słonima. Tam polecono im rozebrać się do naga. Zofia Poczebyt, mieszkanka Słonima tak opowiada o tym po latach:
"Przed egzekucją wszystkim ofiarom kazano rozebrać się. Ksiądz Stark spełnił rozkaz, natomiast siostry się ociągały, krępując się. Wówczas ksiądz wziął Krzyż do ręki i powiedział: Pana Jezusa zanim ukrzyżowano też obnażono /.../ siostry posłusznie rozebrały się. Powyższe wiadomości ludzie tutejsi mieli od naocznych świadków, którymi byli miejscowi policjanci, asystujący przy egzekucji."16
Egzekucję przeprowadzano w sposób straszny, bo nagie ofiary same musiały wskakiwać do przygotowanego grobu i kłaść się ciasno obok siebie. Pluton egzekucyjny strzelał z broni maszynowej do leżących. Nikt nie dbał o to czy strzały były celne. Kładła się na jednej warstwie następna i proceder się powtarzał. Jak mówią świadkowie, tak długo, jak to było możliwe, s. Marta trzymała uniesiony w górę Krzyż. Jeden z milicjantów Jan Poważyński, który był obecny przy samej egzekucji powiedział, że proponowano siostrom ucieczkę, ale nie chciały z niej skorzystać. Uważały, że powinny zostać ze wszystkimi skazańcami. Taki był kres ziemskiej wędrówki obu błogosławionych: s. Marty Wołowskiej i s. Ewy Noiszewskiej. Habit siostry Marty zwrócił jakiś poczciwy Niemiec, który stał na czele Czerwonego Krzyża. Odnaleziony został także, przez jedną z wychowanek niepokalańskich, jej kołnierz zakonny. Obie relikwie zostały przekazane do domu generalnego w Szymanowie.


PRZYPISY
1 s. Marta od Jezusa, Notatka, Słonim 1940 r.
2 ib.
3 s. Marta od Jezusa, Notatka o początkach Maciejowa, Maciejów 1923 r.
4 ib.
5 s. Marta od Jezusa do s. Gertrudy od Niep. Pocz. NMP, Maciejów 2. 08. 1927 r.
6 s. Marta od Jezusa, Notatka o początkach Maciejowa, Maciejów 1923 r.
7 ib.
8 s. Marcela od Ducha Świętego /Dyakowska/, Wspomnienia o s. Marcie od Jezusa, 1970 r.
9 s. Marta do s. Felicji, Wirów, Wielki Tydzień 1931 r.
10s. Cecylia od Ducha Świętego do m. Zenony, Szymanów 22. 05. 1933 r.
11 s. Marta od Jezusa do m. Zenony od Zbawiciela, Maciejów 7. 04. 1937 r.
12 s. Zofia okrutnie zamordowana w sierpniu 1944 r. przez banderowców.
13 s. Zofia od Serca Jezusowego do s. Gertrudy od Niep. Pocz. NMP, Maciejów, 5. 01. 1928 r.
14 s. Marta od Jezusa do m. Zenony od Zbawiciela, Słonim 17. 10. 1939 r.
15 s. Szczęsława od Dobrego Pasterza, Wspomnienia o s. Marcie Wołowskiej i o losach domu w Słonimie podczas II wojny światowej, Nowy Sącz 1965 - 1970.
16 Zofia Poczebyt, Oświadczenie, Słonim, 9. 05. 1990 r.
Oprac. s. Angela Zagrajek
Szymanów, sierpień 2005 r.